Archiwa tagu: warszawskość

Mirosław Zbrojewicz o swojej Warszawie

Mirosława Zbrojewicza poznałem kilka lat temu. Mijamy się czasem towarzysko, gdzieś na spotkaniach. Zawsze przemiłych, okraszonych opowieściami, anegdotkami. Razu pewnego – dwa lata temu – pomyślałem sobie, że fajnie byłoby pogadać ze „Zbroją” o Warszawie. Tekst miał się ukazać w wydawnictwie, które się nie ukazało i pociągnęło za sobą w niebyt również mój tekst. Dziś wracam do nie go tak z wielką przyjemnością, jak z wielką chęcią ciągu dalszego… Od wywiadu trochę się pozmieniało, ale większość wspomnień ożywa i przywołuje wspaniałe wspomnienia. Chciałbym w tym miejscu podziękować Januszowi Partyce za klimatyczne zdjęcie. Zapraszam do lektury.

d.

 

Jak to się stało, że nie jesteś stałym bywalcem na meczach Legii Warszawa, choć mieszkasz w stolicy od urodzenia, można by rzec z dziada pradziada?

Moi dziadkowie mieszkali na Czerniakowie w pobliżu stadionu Legii. Szczerze powiem, nie wiem dlaczego ominęła mnie przyjemność chodzenia na mecze piłki nożnej. Lubię futbol, interesuję się, oglądam w telewizji. Chciałbym w końcu pójść na Legię. Byłem ze dwa razy na narodowym, podejrzewam, że na Łazienkowskiej jest zupełnie inna atmosfera. Mogę sobie tylko wyobrazić kiedy tych kilkadziesiąt tysięcy ryknie… A o czym my mamy rozmawiać w ogóle?

O twojej warszawskości. Kiedy zapytałem cię przez telefon o „twoje” miejsce w Warszawie, powiedziałeś: „pałac kultury”. Siedzimy więc tutaj, w kawiarni teatru, w którym grasz.

Ja się wychowałem w Warszawie. Jestem warszawiak od zawsze i dobrze mi w tej skórze. Nigdy nie mieszkałem poza, no, oprócz półtorarocznego epizodu. Zaraz po szkole teatralnej przeniosłem się do Zielonej Góry, bo tam Krystyna Meissner dostała teatr i nas zabrała prosto ze szkoły, robiliśmy tam dyplom i zostaliśmy na trochę. To jedyny moment, że mogę powiedzieć, że mieszkałem gdzie indziej niż w Warszawie. Ale też nie poodcinałem wszystkiego. Żona została w Warszawie, a jak wróciłem to już nie miałem żony. Wiesz, półtora roku, w młodym wieku… Generalnie to z dziada pradziada jestem warszawiak. Ze strony mojego ojca, nie. Oni byli kresowiacy. Ze strony mojej mamy, wszyscy za to warszawiacy. Udało nam się odzyskać teraz mieszkania po dziadkach, związane z opowieściami mojej mamy, jak to wracała do Warszawy po powstaniu na początku ’45. Nie miała gdzie pójść, to jedyny kierunek był właśnie na to mokotowskie mieszkanie. Zrobiliśmy teraz totalny remont z kuciem wszystkiego i okazało się, że moja mama nie bredziła wcale, twierdząc że w jednej ze ścian było przejście na balkon, którego teraz już nie ma. Po skuciu tynków widać inne cegły. Przypominają się takie szczegóły z jej opowieści, że to mieszkanie było całe wypalone w środku. Takie warszawskie opowieści. Zresztą na podwórku podobno bawiła się za dzieciaka z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim. W tej chwili ta ulica się nazywa Hołówki. Na wszystkich etapach mojego życia dominują opowieści warszawskie, żadne inne.

A gdzie się wychowywałeś? Właśnie na Czerniakowie?

Nie, ja jestem chłopak z Grochowa. Po urodzeniu w Warszawie zamieszkaliśmy z rodzicami w Świdrze. Dostali tam z kwaterunku takiego „świdermajera”, dwa pokoje. Po trzech latach ojciec dostał mieszkanie na Szaserów, tam powstało wtedy nowe osiedle. Było fenomenalnie. Z mojego okna widać było polepo drugiej stronie ulicy, na którym się pasły krowy. Kiedy ojciec miał wolne, zabierał mnie na to pole na drugą stronę, rozkładał sobie gazetkę i czytał. Wcześniej wykopywał mi dołek, że niby samochód. Kiedyś znaleźliśmy jakąś starą kierownicę, więc dawał mi ją i ja przez dwie godziny miałem odlot, a on sobie mógł w spokoju poczytać. Autentyczne z tymi krowami. Moja obecna żona Beata, jak się po latach okazało, mieszkała w bloku naprzeciwko, na tym polu właśnie. Ta „jej” część osiedla została wybudowana z dziesięć lat później.

Zaklęte rewiry z dzieciństwa?

Tam na Szaserów to był mój dom rodzinny. Mieszkałem tam od 1960 roku, a jak się zabrałem z domu, miałem ze dwadzieścia lat. Potem błąkałem się po całej Warszawie. Najpierw na Marysinie, bo tam jakaś kawalerka była. Kiedy już związałem się z Beatą i pojawiły się dzieci, no to migrowaliśmy po całej Warszawie, Żoliborz, Wola, Praga Północ. Gdzie się dało. Nie wiem na czym to polegało, ale zawsze jednak wracaliśmy na Grochów. Pierwsze mieszkanie, które kupiliśmy było na, z przeproszeniem, ulicy Zbaraskiej, przy Kinowej, więc też blisko. Potem Gocławek, znów Grochów i teraz bliski Wawer. Czuję się bardzo związany z Grochowem, Pragą Południe. To moje rewiry.

Pamiętasz z dzieciństwa wojny osiedlowe?

To Osiedle Młodych przy Szaserów było trochę zamknięte. To jeszcze nie były gomułkowskie klitki, tylko metraże i wysokość całkiem normalne. Na tych podwórkach funkcjonowaliśmy wszyscy razem. Do momentu, kiedy zrobił się podział na gitów i hipisów. Ja byłem w hipisach, w związku z czym dostałem w ryja kilka razy od kolegów, z którym wcześniej ganiałem po podwórku. Ale razu pewnego się odegrałem. Była taka rodzinka. Jeden to był takim gitem, że udowadniając, że jest największym gitowcem świata, podłożył stopę pod pociąg. Jeszcze kilka lat temu widziałem jak stukał drewnianą nóżką. Na tych torach zresztą też się wychowywaliśmy, bo tam obok jest Makowska i bocznice Olszynki Grochowskiej.

Wagary?

Na torach to raczej wcześniej, za dzieciaka. Przypomina mi się taka akcja, że zamiast do szkoły na Reymonta, chodziliśmy do baru Radek na Żeromskiego, na Żoliborzu. Grywaliśmy tam w pieniążek. W pięciu zamawialiśmy jedno piwo. Kładło się serwetkę i na to monetę. W knajpach można było palić, więc papierosem robiło się dziurkę. Komu spadł pieniążek do piwa stawiał kolejne piwo do zabawy. Potrafiliśmy tak cztery godziny się bawić. Po czym szliśmy do szkoły odebrać tornistry. Zdarzyło się, że ktoś kopnął na dach trzypiętrowej szkoły piłkę. A ja po piwkach, odważny, po piorunochronie na górę. Koledzy bili brawo. Jak schodziłem piorunochron się urwał, otwarte złamanie. Wylądowałem w bursie, która tam była przy moim liceum bibliotekarskim. Mama mi załatwiła, abym nie musiał dojeżdżać z Grochowa na Bielany. W końcu to godzina drogi. Piękne to były czasy. Miałem izolatkę z łazienką. Tam inicjowałem. Ale wróćmy do tych hipisów. Po złamaniu nogi chodziłem o kulach. Ale że byłem wysportowany, trenowałem łyżwiarstwo figurowe na Torwarze – w Warszawiance, byłem i czułem się wykozaczony. W celach popisowych szalałem na tych kulach, robiłem piruety, skakałem po pięć schodów w dół i górę. Zaczepili nas „koledzy”. Podejrzewam, że musieli oswoić jakiegoś małolata z tym, że ma podejść i strzelić w ryja. Sprawdzali go. Nosiliśmy na szyjach takie „hendriksy” na drewienku, z drugiej strony gwoździem wypalaliśmy pacyfkę. Za to z miejsca był strzał w ryja od gitowców. Gadka, szmatka, panowie gitowie, wiesz, kolega nagle dostał strzała. Przewrócił się, a oni się skierowali do mnie. Ja jednak na tych kulach prawie latałem, wyćwiczyłem się i tymi kulami rozniosłem to towarzystwo. Dostałem jakiejś amby, wpadłem w nagły amok. Zacząłem tak nimi wywijać… Posypały się zęby, krew się polała. Ostro było. A lać się chodziliśmy na Prochową. Na Prochowej mieszkał Stasiuk. Kilka razy piliśmy zresztą razem. Tam jednak żyli Cyganie, przy tym parku naprzeciwko szpitala na Szaserów. Pojawiały się preteksty. Jak nam zabrali piłkę w tym parku, szliśmy do nich i dochodziło do regularnej bitwy, każdy z każdym, nie było pomiłuj. Oni tam na kupie w takich dwóch domach żyli. Strasznie dużo ich tam było. Regularnie się praliśmy.

A który okres życia wiążesz z poznawaniem dorosłego życia w Warszawie?

To właśnie okres dorastania. Kiedy wychodzisz z domu, coraz dalej, coraz dalej i zaczynasz latać po mieście. Kiedyś nie było clubbingu, ani nic z tych rzeczy. „Gwiazdeczka” na Starym Mieście i tego typu przybytki. Potem to takie zupełnie amatorskie knajpiane przygody. W zawodowstwo knajpiane wchodziłem w Spatifie, Ścieku na Trębackiej. Od początku, zawsze, co wieczór, po spektaklach wszyscy szli właśnie do Spatifu. To był rytuał. W Spatifie były trzy sale, do jednej wchodziło się tak w głąb, dwie zaś od razu, od wejścia. W gorących czasach stanu wojennego, w tych okolicach… rzecz jest o Urbanie, czyli ówczesnym znienawidzonym rzeczniku rządu. Wbijamy się, a tam nie ma gdzie stanąć. Tłum dziki. Siedzą sobie na kolanach, ale tylko w tych dwóch salach. Patrzymy a w tej trzeciej, najmniejszej, pusto. A tam zderzenie z szybą, bo przy suto zastawionym stole siedzi Jerzy Urban a dookoła niego jakieś panienki, który sobie z miasta sprowadził. Robił to celowo, ostentacyjnie. Ludzie go odrzucali, nie akceptowali, bo był czerwoną świnią, a on specjalnie brylował. Tę knajpę zamykali około północy, o dwunastej zaczynali gasić światła, o 12.30 był koniec. Mojego kolegę, kiedy był zrobiony, sadzaliśmy przy szatni, pod telefonem. Raz jak go zostawiliśmy, akurat wychodził Urban. Uwielbiał prowokować. Kumpel akurat się ocknął, zobaczył go i od razu w pijanym widzie wystartował z pięściami. Urban właśnie zakładał płaszcz i jakoś tak się zrobiło, że koledze został ten płaszcz w rękach, a rzecznik na to: dziękuję bardzo, poradzę sobie sam i w tym momencie kolega puścił pawia. To były piękne czasy. Warszawa była inna, a jednak paradoksalnie taka sama. Trochę jak z przedwojennej Moskwy znanej z opisów Bułchakowa. Kiedy zaczynało się miganie światłami wiadomo było, że trzeba płacić rachunki i zabawa się kończyła. Jak się wychodziło ze Spatifu stały polewaczki. Za pięć złotych jechało się na Trębacką, a za dychę na Trębacką z… polewaniem. A jak się dało trzy dychy to i do domu zawieźli.

A co było na Trębackiej?

Trębacka to był hard core. Wiesz jak się w Trębacką skręca z Krakowskiego Przedmieścia? Po lewej stronie jest taki „bunkier” betonowy. To było tam. Przybytek się nazywało „ściekiem”, ale nie znam oficjalnej nazwy. Wszystkie niedobitki ze spatifów i innych knajp właśnie tam lądowały. Teoretycznie zamykali to o czwartej, choć ja tam chyba ze trzy razy budziłem się o trzynastej, kiedy leżałem pod stolikiem, a na sali uwijała się pani sprzątaczka. Jak ja już nie nadawałem się do niczego, kładli mnie pod stołem i dalej biesiadowali. Przeurocze czasy. Pamiętam jak kolega scenograf dostał gażę za scenografię w teatrze. W trzy dni ją przepiliśmy. Nie kończąc. Runda była następująca: śniadanie w Krokodylu na Starówce, potem jechaliśmy na szybko na Foksal, potem Spatif, Ściek. Trzy dni balowaliśmy.

A jakieś konkretne przygody?

Miałem sprawę w sądzie, karną. Zdałem maturę w liceum księgarskim na Reymonta. Fantastyczna szkoła. Z którejś tam imprezy pomaturalnej wracaliśmy na Grochów pieszo Mostem Poniatowskiego. Okazało się, że po drodze jest Muzeum Wojska Polskiego. Myknęliśmy przez bramę. Do dziś nie wiem jak my to zrobiliśmy. Myślę o tym czasem jak tamtędy przejeżdżam. Przecież to wielkie ogrodzenie ma kolce. W jedną stronę to małe miki, ale z powrotem… przeszliśmy z kotwicami. Jedna ważyła 45 kg, druga 55. Szliśmy z nimi po moście. Zatrzymał się radiowóz i nas zapakował. Zabrali nas na taki mały komisariat w domu partii. Jak się okazało, że to nie jest żadna polityczna sprawa dali nam w dupę i wysłali na Wilczą. Tam czekaliśmy na rodziców. Wyglądało to tak, że w kanciapie leżały te dwie kotwice jako dowody, jako corpus delicti. Co chwila drzwi się otwierały, zaglądali jacyś ludzie z tekstami:
– ty Antek, zobacz tych dwóch, wiesz co oni zrobili, kotwice wynieśli z Muzeum Wojska Polskiego…
– Jakie kotwice?
– No te.
– Kurwa, ile to waży?
– Naprawdę?

Potem mieliśmy sprawę i dostaliśmy wyroki, w ramach których musieliśmy na rzecz miasta wykonywać prace społeczne. Na Burakowskiej MPO miało bazę. Meldowaliśmy się tam dwa razy w tygodniu, w środę i niedzielę. Wtedy nas ładowali z różnymi takimi innymi łebkami, wieźli nas na Agrykolę i w niedzielę zamiataliśmy Agrykolę w górę, a w środy w dół. Czeski film.

Masz swój klucz do Warszawy, kiedy przyjeżdżają do ciebie przyjaciele z innych miast, albo goście z zagranicy?

Teraz to się zmieniło, ale pamiętam jak przed laty przyjeżdżali do mnie kuzynostwo ze Szwajcarii. A oni to totalne świeżynki, nieświadomi jak niemowlęta. Woziłem ich na Pragę. Tamte okolice – Brzeska, Ząbkowska, Białostocka. Oni byli w siódmym niebie i dopiero stamtąd ruszaliśmy na miasto. Nie wiem czy jest jakiś klucz. Poruszać się można normalnie, jak po każdym cywilizowanym mieście, no, po każdym, które ma dwie linie metra. Szczerze mówiąc, wiesz co? Nie uważam, że Warszawa to jest przyjazne miasto, tak na dzień dobry.

Właśnie dlatego mówię o tym kluczu, swoistym wytrychu, który otwiera właściwe drzwi ukazujące Warszawę od odpowiedniej strony.

Nigdy nie potrzebowałem takiego klucza. Najbardziej lubiłem właśnie zawieźć ich tam, w tę dupę ciemną na Pragę. Czasem robiło się taki numer, jak zabrakło alkoholu w nocy, braliśmy taksówkę, jechaliśmy na „Prażkę”. Do melin nie wchodziliśmy, bo Szwajcar by mina rękach umarł na serce. Ale pokazywałem mu jak się kupuje wódkę. A patent był genialny. Podjeżdżaliśmy taksówką. Była druga, trzecia w nocy. Podbiegał kilkuletni wyrostek, pytał: ile? Dwie. Trzydzieści złotych. Dostawał. Miał patyk, którym walił w rynnę. Bum, bum. Na sznurku z góry zjeżdżała jedna flaszka, potem druga. Nie wysiadaliśmy z samochodu nawet. Ładował i hajda.

Pałac kultury jest obecny jakoś w twoim życiu. To tutaj rozmawiamy.

Bardzo. Od samego początku niemal, bo chodziłem na zajęcia do Pałacu Młodzieży. Próbowałem, pamiętając jak mnie tutaj było dobrze, również moje dzieciaki tym zarazić. Ale jakoś to się nie sprawdziło. Trudniej było. Trzeba było stać w jakichś kolejkach społecznych po nocach, zapisy jakieś. W końcu to olaliśmy, bo było wiele innych możliwości. A wtedy była albo inna dostępność dla ludu, albo moja matka miała więcej sprytu. Od małego spędzałem w pałacu czas non stop. Mnie po roku, po dwóch nudziło się i przechodziłem do innej sekcji. Trenowałem szermierkę, pływanie, ping-pong i ten tenis stołowy na całkiem niezłym poziomie, ale chodziłem też na modelarstwo, jakieś lotnicze sekcje. Niesamowite było, że udało nam się to jakoś rozkminić i łaziliśmy po całym pałacu. Wszędzie była komunikacja. Jak ja to skumałem, to się błąkaliśmy po wszystkich zakamarkach, jakieś tajne przejścia do Sali Kongresowej. Kiedyś tam wylądowałem zupełnie znienacka. Nagle wylazłem z jakiegoś korytarza, znalazłem się na scenie i ganiałem się między rzędami ze strażnikiem. Tutaj też miałem mieć egzamin na studia. Jak już mówiłem skończyłem liceum bibliotekarskie i matka koniecznie chciała mnie na studia bibliotekoznawcze na uniwerku wysłać.  A ja chciałem do szkoły teatralnej, tylko wierszyków się na czas nie nauczyłem. Matka wiedziała, że będę kombinował. Wjechała ze mną na górę, bo Uniwersytet Warszawski miał tu swoje pomieszczenia. Nie pamiętam, które to było pięto. Wykonałem wtedy numer stulecia. Nie byłem przygotowany, poza tym wiedziałem, że po co mi to. Mama czekała pod drzwiami jeszcze chwilę, pilnowała żebym nogi nie dał. Tam siedzieli już ludzie. Podchodziłem do profesora, tak jakbym chciał mu coś powiedzieć, ale zawracałem patrzyłem przez dziurkę od klucza czy mama jeszcze siedzi, no to wracałem do profesora i tak ze cztery razy. Przecież ja byłem prawie dorosłym człowiekiem, miałem dziewiętnaście lat. Profesor patrzył na mnie wielkimi oczami. Jak tylko mama poszła, ja myknąłem na jakieś schody i uciekłem na ten taras widokowy na trzydziestym piętrze, gdzie spędziłem cały egzamin.

Teraz tu pracujesz?

Tak, w teatrze Studio i to już od lat. To jest naprawdę mnóstwo niesamowitych zakamarków. Genialne miejsce. Można się zatracić. W dawnych czasach, kiedy z tej Zielonej Góry wróciliśmy do Warszawy, mieliśmy grupę teatralną. Podpięliśmy się finansowo pod Stołeczną Estradę. Udostępnili nam gdzieś na górze kanciapę. To się nazywało „36. Piętro”. Robiliśmy tam próby, ale próby próbami, bo przy okazji penetrowaliśmy oczywiście w międzyczasie pałac. Znaleźliśmy takie miejsce, gdzie można było wejść w korytarz, który szło się kawał drogi… i nagle był koniec. Prowadził donikąd. A można było przejść dobre dwieście metrów. Zaczęliśmy podpytywać o co chodzi i jak się okazało, budowały to cztery niezależne ekipy i po prostu im się „nie zeszło”. Ponoć mnóstwo tu jest takich nieoficjalnych, nieodkrytych przestrzeni, gdzie się „nie zeszło”. Mówi się, że w pałacu jest dziesięć procent przestrzeni, których nikt nigdy nie widział, typu zamurowana betoniarka. Ciekawe swoją drogą ile tu ludzi zostało zamurowanych w fundamentach.

Którędy prowadzi twój osobisty szlak po Warszawie?

To się zmienia wraz z upływem życia. Od jakiegoś czasu szukam takich dziwnych, fajnych, ale nieoczywistych miejsc na obrzeżach Warszawy. Przez to, że Warszawa się powiększa, one zostają wchłonięte naturalnym porządkiem rzeczy. Gdzieś w lesie pod Wilanowem można znaleźć przedziwne trzystuletnie ruiny, których nikt nie pilnuje. Przedziwne. A jeśli chciałbyś się kiedyś umówić na łyżwy, mam fenomenalne miejsce na zimę. Wiesz gdzie? Jak się leci Wałem Miedzeszyńskim, dojeżdżasz do ronda – w jedną trakt lubelski, w drugą na Puławy. Zaraz za stacją benzynową trzeba zjechać i znajduje się tam jezioro-staw. Ma ze dwa kilometry długości. Zamarza w zimie na maksa i masz dla siebie dwukilometrowe lodowisko. Nie ma nic lepszego, piękniejszego. A na dokładkę gdzieś pośrodku mieszka facet, który ma ogromny drewniany dom. Ma tam salę, w której może podjąć sporą grupę ludzi. Normalnie w sezonie to funkcjonuje, a zimą trzeba do niego zadzwonić. Specjalizuje się grillowanych rybach. Wyobraź sobie, zima, mróz, widok na lodowisko, nogi w kominku i ta ryba… Ponieważ od dziesięciu lat nie przyjmuję alkoholu, trochę wypadłem z obiegu imprezowego. Swego czasu trochę balangowałem. Potem jeszcze ze trzy lata miałem taki rozpęd bezalkoholowy, że wchodziłem w te imprezy. Teraz już nie daję rady, gadanie ciągle o tym samym, po pół godzinie nić porozumienia się zrywa. Mam dość gości, którzy mi rzężą nie wiadomo o czym. Tak jakoś zrezygnowałem i przestałem się włóczyć po mieście.

Pałac Kultury to nie tylko teatr, ale i kino.

Tam, gdzie dziś jest Kinoteka były kiedyś dwie sale: Wiedza i Przyjaźń. Około trzeciej klasy chodziłem wyłącznie do kina. Nigdzie indziej. Po prostu nigdzie, tylko do kina. Nie mówiąc już o tym, że do szkoły nie chodziłem, ale i do domu nie chodziłem, bo łaziłem po kinach. Dziennie oglądałem trzy-cztery seanse. Zaczynałem o ósmej rano, bo wtedy puszczano pierwszy film w kinie Wiedza. To też były dobre klimaty. Przyjeżdżali chłopaki z samochodówki na Stawki, też wagarowali. Ja byłem napięty i ambitny, starałem się wybić na intelektualistę, wobec czego dobierałem starannie repertuar. A oni po prostu smarowali w pustym kinie jakieś tanie wina. Były takie przygody, że w skupieniu próbowałem obejrzeć Bergmana „Szepty i krzyki”, a chłopaki otwierali winko, ósma piętnaście i jechali: eeeeee, pokaż cyckiiiiii! Filmowa edukacja trwała intensywnie z dobry rok. Moje kino to było kino Sokół przy ulicy Paca na Grochowie. Z Szaserów miałem na piechotę przez park. Pamiętam jak dziś, grali film „Jarzębina czerwona” Szukszyna, radziecki, bardzo piękny film. Koniecznie to chciałem zobaczyć. Widzę siebie jak gnałem przez ten park co sił. Bilety w Sokole były po cztery złote, „kłapane”, drewniane rzędy siedzeń. Wpadam a, zadowolona zresztą, pani oznajmia mi, że „nie będzie seansu, bo jest pan sam”. Ze spuszczoną głową wróciłem noga za nogą do domu. Następnego dnia był jeszcze jeden chętny i dogadaliśmy się, że kupiliśmy po dwa bilety i siedzieliśmy sobie sami i oglądaliśmy film elegancko. Zdarzało się, że w tylnych rzędach dochodziło do aktów miłosnych. Równo. Wiadomo, kłopoty lokalowe. Trafiłem kiedyś na otwarcie kina Relax. Pokazywali film „Wyzwolenie”. Siedziałem w pierwszym rzędzie, bo takie bilety udało się załatwić mojemu ojcu. Kiedy nagle zza okopu wyjechał czołg, ja momentalnie znalazłem się w trzecim rzędzie. W kinie Moskwa byłem na ostatnim sensie, o czym dopiero później się dowiedziałem. To był film „Jade”. Kryminał o jakiejś prostytutce zamordowanej przez senatora w Stanach. Podobno te lwy, które stały przed kinem, a dziś stoją tam od strony Puławskiej, uratował Krzysztof Ziemiec.

Jesteś aktorem charakterystycznym. Czy masz przed oczami wizerunek siebie w jakiejś typowo warszawskiej roli, nieco szemranej?

Jak kręciliśmy „E=mc2” na Pradze, tam była taka sytuacja. Podwórko studnia, kamienica sześć pięter, my na dachu. Budżet poniżej wszelkich możliwości, zero rozmachu. Dodatkowo tę scenę musieliśmy zagrać wszystko na żywca, a ja mam absolutny lęk wysokości. Kaskaderzy nas asekurowali. Ostatnio ktoś mi przypomniał, że widać jak się trzymam kurczowo, strach w oczach i jakaś linka asekuracyjna podpięta do komina. Faktycznie, puściłem to sobie poklatkowo i widać białe kości dłoni zaciśnięte do bólu, na twarzy oczywiście przyklejony uśmiech. Dobrą tam mieliśmy przygodę. Zero zabezpieczenia, żadnej policji. Cały dzień na tym dachu spędziliśmy. W pewnym momencie, ktoś krzyczy, eeeeee! A tam na czwartym piętrze, otwarte okno, jakaś panna stoi w oknie i na nas patrzy, a od tyłu podłączony do niej gość. Klasyka. Dziewczyny w cieniu rozstawiły leżaki i się niby opalały, bo film kręcą.

Rozmawiał Dariusz Urbanowicz
Fot. Janusz Partyka