Archiwa tagu: Jan Żółkiewski

50-lecie SP 263

Dziś odbył się pierwszy akord obchodów półwiecza Szkoły Podstawowej nr 263. Podsumowanie sezonu sportowców z mojej starej szkoły. A trzeba im przyznać, że osiągnięciami imponują. UKS G8 Bielany Warszawa w klasyfikacjach małolatów wygrywa wiele klasyfikacji przede wszystkim w pływaniu i pięcioboju nowoczesnym, a także w biathlonie i taekwondo olimpijskim. Na czele szkoły stoi od lat dyrektor Jan Orłowski. W moich czasach był naszym nauczycielem wychowania fizycznego. Potem dość szybko został dyrektorem sportowym (mogę przekręcać brzmienie tej funkcji), a potem już dyrektorem całego zamieszania. Trzeba pamiętać, że nasz rocznik kończył podstawówkę w 1989 roku. Panu dyrektorowi zebrało się na wspominki w „mówię końcowej” dzisiejszej akademii i raczył nas nieco odmłodzić stwierdzeniem, że było to „z dwadzieścia lat temu”. Zatem Panie Dyrektorze, było to trochę dawniej.

Pozwolę sobie tutaj zebrać część naszej historii. Może się komuś przyda, może ktoś inny się uśmiechnie na wspomnienie i uroni łzę nad marnym losem człowieka wciśniętego w tryby machiny czasu…

W każdym roczniku były trzy klasy. A, B i C. C to pion klas sportowych. Do tych klasy ponoć były nabory (przed klasą IV). Ja miałem o tyle ułatwione zadanie, że pływałem bardzo dobrze (jak na dzieci, które uczyły się od czwartej klasy). Wręcz aby podtrzymać poziom wytrenowania musiałem chodzić na treningi z kadrą na Łazienkowską. Pływaliśmy pod okiem trenera Zbigniewa Pacelta w tej szklarni, w której kapały krople lodowatej wody na głowy i grzbiety. Do tego zdarzała się mgła na pływalni taka, że nie widać było na dziesięć metrów. Niewiele już pamiętam, ale majaczy mi się, że chodziliśmy prosto z treningów na mecze, jako zawodników żołnierze wpuszczali nas bezproblemowo na Żyletę. Potem jaraliśmy się przyśpiewkami i jazdą rozhuśtanymi autobusami. Te szkolne treningi pływackie (na basenie DW-Lotu przy ul. Lindego, co śmieszne tam teraz jest genialny obiekt i tam właśnie przeniosła się Szkoła Mistrzostwa Sportowego, czyli ogólniak który kończyłem) prowadziła pani Mirka Jakubowska. Młoda, ładna dziewczyna. Ponoć mieszka teraz w Zakopanem. Szermierkę mieliśmy z Pawłem Kikiewiczem – trenerem znanym pod ksywką „Kisiel” i z Oktawianem Sarną. Sporadycznie pojawiał się Sławomir Kopeć. Na konie jeździliśmy na Fort Bema raz w tygodniu, w piątki. Nie wiem, czy nie byliśmy jakoś podzieleni, że jeździło się co drugi tydzień… Pamiętam, że pierwsze kroki stawialiśmy na Herbie zwanym Gackiem, czyli pociągowym koniku polskim. To raczej była woltyżerka, gdzie każdy spadał po kilka razy podczas prób wsiadania. Rzucaliśmy w Herba grudkami ziemi aby brykał. Spadaliśmy jak ulęgałki, co bardzo nas śmieszyło. Nieśmiertelność 15/10. Pamiętam też konie Delikwenta, Dumkę, Dajkę, Juranda, Opla… Leciwy Opel ponoć wyłamywał (o czym miałem się przekonać trochę później) i wybił nawet jedynki starszemu koledze Krzysztofowi Tymendorfowi (ponoć został dzielnicowym gdzieś tam na rewirze). Strzelanie mieliśmy z trenerem Bartczakiem. Strzelaliśmy w szatni szkolnej, gdzie było kilka stanowisk do napiżania z broni śrutowej. Treningi z broni palnej mieliśmy już na Fortach Bema. Biegaliśmy z Oktawianem początkowo, bo pan dyrektor ani nasza wychowawczyni Mirka raczej biegiem długodystansowym się nie hańbili. Na każde wyjście ktoś dostawał smycz, a na jej końcu biegała Gaja. To wilczyca śp. pana Zbigniewa Kuciewicza. Pies zawsze pilnował osoby, która biegła ze smyczą w garści.

W naszym roczniku zdarzyło się kilku niezłych ananasów. Dziś obecny na uroczystości Igor Warabida to dwukrotny olimpijczyk (5. Atlanta 1996 oraz 15. Sydney 2000). Był mistrzem świata w sztafetach i drużynie. Generalnie cozagość. Mało kto w historii piecioboju ktokolwiek biegał tak szybko jak Igor. Dołączył do naszej klasie jakoś tak w czwartej klasie. Uciekał z Polonii pływackiej do pięciobojowej Legii. Igora nazywaliśmy Korkiem (z racji na niesamowitą pływalność) albo Kornikiem.
Z Konwiktorskiej uciekło jeszcze kilka osób. W tym ja, ale też znany socjolog i politolog dr hab. (o ile już nie profesor) Mikołaj Cześnik zwany Cześkiem, Szczurem albo Wodnikiem. Karierę sportową do dziś robi jego siostra Maria – wybitna triathlonistka. Ona zresztą również pływała na Polonii. Czesiek jest chyba jedynym naukowcem z naszego grona. Na Uniwersytecie Warszawskim obijała się też naukowo Inga Oleksiuk (zwana Pimpą), która dziś jest adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji w stopniu doktora. Ojciec Ingi był tłumaczem języka włoskiego.

Dziś przygotowano medal dla jeszcze jednej osoby, która niestety nie zaszczyciła starych murów obecnością. Bogusław Leśnodorski doszedł do nas w wakacje przed szóstą klasą. Ja już tam byłem od roku, nieco okrzepły, lecz wciąż nie miałem wspólnego języka ze znaczną częścią ludzi. Bodzio, jak na niego mówiliśmy, pojechał z nami na obóz jeździecki do Łącka. Trenowaliśmy dwa razy dziennie z dzisiejszym trenerem kadry pięciobojowej Andrzejem Żółkiewskim (aktorem, bratem naszego trenera Jana Żółkiewskiego) oraz Oktawianem Sarną. Tawi ściągnął mnie na pięciobój rok wcześniej, to syn znajomej Mojego Ojca. Uratował mnie przed dłuższym pobytem na Polonii.

 

Cdn.