Wieśniak w mistrzowskiej koronie

Jakiś, bliżej nieokreślony czas temu, pisałem takie teksty. Były one drukowane na papierze w Adventure MAG (biuletyn wydawany i kolportowany przez sklepy Adventure Sports). Popełniłem tam m.in. takie oto działo na temat pewnego kosmity. Poczytajcie, bo pewnie nie każdy załapał się na papierowe wydanie.

Wierzy w to co robi. Poświęca się temu w całości. Czy to chodzi o ski-alpinizm, czy też warzenie sera, z którego właściwie żyje. William Bon Mardion jest zwykłym człowiekiem. Zwykłym zawodnikiem teamowym (ambasador firm Dynastar i La Sportiva). Tak zwykłym, jak tylko się da. Żyje z zegarkiem w ręku, bo dzięki precyzji w planowaniu dnia, realizuje założenia. Pracuje od – do. Trenuje od – do. Reszta to czas dla siebie samego, co w zasadzie znaczy: dla rodziny.

Dzięki systemowi i, co naturalne, darowi bardzo solidnych warunków fizycznych (187 cm wzrostu, 80 kg wagi) wspiął się na dosłowne wyżyny narciarstwa wysokogórskiego. Koszt sukcesów jednak jest niesamowity.

W dni powszednie wstaje o czwartej rano. Pracuje do 14.40, o 15.30 wychodzi na trening. Musi zdążyć do 18.00, bo wtedy odbiera dziecko ze żłobka. O 20.00 jego dziewczyna wraca z pracy i do tego czasu on zajmuje się bobasem. Kładzie się o 22.30. Uwielbia za to dni, kiedy nie musi pracować. W łóżku „wyleguje się” do 7.30, by trzy godziny później wyjść na długi trening. To właśnie logistyka czasowa stanowi jego największe wyzwanie. – Timing przede wszystkim. Organizacja czasu pomiędzy prace, trening i życie rodzinne… to bardzo cienka linia, po której stąpam. Jeśli momentami zastanawiam się, czego brakuje mi by poprawić się jeszcze jako zawodnik to… decyzji o przerwaniu pracy. To jednak nie jest takie proste. Mogę bowiem więcej czasu poświęcić na trening, ale kosztem czegoś. Z domu nie zrezygnuję – przyjemnie usłyszeć taką deklarację…

Na tę chwilę idzie mu bardzo dobrze. Na ostatnich mistrzostwach świata wywalczył cztery medale. Dwa złota – w wyścigu indywidualnym oraz drużynowym, a także srebro w kombinacji i brąz w sztafecie. Jednak sprawy nie mają się tak prosto, jak w przypadku pozostałej części światowej czołówki. W pierwszej dziesiątce Pucharu Świata jest tylko dwóch zawodników, którzy mają dzieci i pełnowymiarową pracę. Właśnie William i Pietro Lanfranchi. – Dążąc do ideału, brakuje mi czasu by więcej trenować i odpoczywać – twierdzi nasz bohater. Pamiętajmy bowiem o jakże prostej prawdzie: w życiu sportowca trening jest równie istotny co odpoczynek. Jeśli się odpowiednio nie zregenerujemy, odbije się nam to czkawką.

Co się działo poza mistrzostwami w ostatnim sezonie? Pierra Menta to nieoficjalne mistrzostwa świata. Najbardziej prestiżowy z wyścigów skitourowych. Cztery dni (przynajmniej), cztery etapy i dziesięć tysięcy metrów przewyższeń pozytywnych, czyli do wdrapania się w pionie. Kilkukrotnie stawał na podium, w końcu wygrał. A dlaczego nie, w końcu to jego podwórko. Mieszka w tamtym rejonie. To jego własne podwórko. Pierra Menta to czwarty najwyższy szczyt Masywu Beaufort (2714 m). William ściga się w parze z Mathéo Jacquemoudem. O tym wyścigu mówi się Tour de France skialpinizmu. Rozgrywany jest od 1986 roku. Trofeo Mezzalama – kolejny z genialnych wyścigów skitourowych (trzyosobowe składy; 45 km i 2862 m przewyższenia dodatniego) – miejsce drugie. Takie przykłady da się mnożyć. Recepta? W sieci można znaleźć film kręcony kamerką umieszczoną na kasku Williama. Wynika z niego, że podejścia stanowią domenę Mathéo. Na górze następuje zmiana i to Bon Mardion przejmuje stery. Wniosek: na skręcanie i hamowanie szkoda czasu. Mówi się, Francuz doszedł do wniosku, że podejście… podejściem. Tutaj poziom jak wysoki by nie był, na tym najwyższym poziomie i tak będzie w miarę wyrównany. Rezerwy jednak znajdują się jeszcze właśnie w zjazdach i na tym polu postanowił wyszukać niszę, po czym wykorzystuje ją do cna. Mimo że największe wyścigi odbywają się na zasadach zespołowych (ekipy złożone przynajmniej z dwóch zawodników), jego największym celem było zdobycie złota mistrzostw świata w konkurencji indywidualnej. – Zespół to zespół, radość jest wielka, lecz prawdziwy duch rywalizacji to walka z samym sobą. Pokonać rywali można dopiero pokonawszy samego siebie. Dlatego tak zależało mi by wygrać w solowej rywalizacji, bo to tutaj ogłaszany jest najlepszy narciarz świata – tłumaczył.

Największego szczęścia doświadczył na mecie, gdzie czekała na niego dziewczyna z synkiem. W końcu oni uczestniczą w jego treningu jak nikt i codziennie go wspierają. Oni byli częścią tego wielkiego sukcesu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.