Stara Roztoka 21-22-23 listopada ’17 r.

Poprzedni pobyt w Starej Roztoce pozostawił we mnie głęboki ślad. Pisałem o tym, chwilę po powrocie do Warszawy. Nie potrafię wyjaśnić z czego wynika ten pokład emocji związany z tym starutkim schroniskiem im. Wincentego Pola. Na pewno elektryzujący jest powód, dla którego tutaj przyjeżdżam, czyli wywiady z Januszem Gołąbem, które nagrywam jako materiał do książki o wielkościanowej wspinaczce Janusza.

(Improwizowane podejście pod Szpiglasową Przełęcz, fot. Piotr Deska/dhclimbing.com)

Tym razem zrezygnowałem (z przyczyn obiektywnych) z dojazdu Pendolino do Krakowa i stamtąd busem do Zakopanego. Wsiadłem za to w nocny pociąg (odjazd z centralnej o 23:05) i dojechałem sobie na siódmą rano kuszetką wyspawszy się przednio (sic!). Autobusy teraz odjeżdżają z placu przed dworcem kolejowym. Te jadące na Palenicę Białczańską („kierunek Morskie Oko”) ruszają ze stanowiska nr 1. Bilet 10 zł od osoby, niespełna 40 minut i jesteśmy na parkingu na Palenicy. Miałem dwa plecaki i narty, więc zbyt szybko nie maszerowałem. Do tego coś mi się buty ślizgały. Niby porządne, pancerne, a tu włączył mi się Grzegorz Filipowski i niewiele brakowało, a palnąłbym efektownego rittbergera, albo inną ewolucję niemniej karkołomną wcale. I to po wielokroć. Do Roztoki dotarłem około 10:40. Okazało się, że obuw zabezpieczony przed #K2SkiChallenge to buty na wiosenno-jesienne wspiny z bieżnikiem nijak nie pasującym na zimowe łażenie po lodzie.

(Janusz Gołąb w kluczowym żlebie pod Szpiglasową Przełęczą walczy, fot. Dariusz Urbanowicz)

Okoliczności przyrody w Roztoce i tego, no, niepowtarzalne, prześliczne, magiczne. Pod „przyciętym modrzewiem” stoi kilka bałwanów. Lata niepokojąco para sójek. Dach z wykuszami przysypany śniegiem. Dym z komina unosi się niemal pionowo. Biało, choć mróz już puszczał i odczuwało się odwilż. Okazało się, że Janusz Gołąb ze Stefanem Krupą, który gazduje w Roztoce, wyszli na narty około dziewiątej rano. Nie doczekali się mnie, niestety, bo wycieczkę urządzili sobie przednią. Zameldowałem się z ambitnym planem wyruszenia w ich ślady. Jednak poszli w miejsce, gdzie nie do końca mi się śpieszyło i tak jakoś przypomniało mi się, że trochę chorowałem, że trochę nieprzespana noc i tak jakoś oczy mi się przymknęły i dopiero mnie Janusz obudził po powrocie. Pod względem sportowym ten dzień spisałem na straty. Trudno się mówi i wierzy w fajne wydarzenia dalej.

(Samojebka z Januszem Gołąbem na Szpiglasowej Przełęczy)

 (Szpiglasowa Przełęcz, fot. Dariusz Urbanowicz)

Środowy poranek powitał nas ścianą deszczu i sporym kawałem wczorajszego imieninowego tortu Janusza. Takie śniadanie. Lało, zatem gadaliśmy. To znaczy Janusz nawijał o wyprawach przez dobre sześć godzin, wspominał niesamowite ekspedycje, a ja patrzyłem na dyktafon i sprawdzałem czy aby baterii wystarczy. Popołudniową porą nie wytrzymałem i wybrałem się na potruchtanie. Wyszło mi dziesięć kilometrów w tych butach Salomona, ale założyłem raczki. Egzamin zdany perfekcyjnie. Wieczorem Józek (siedmioletni synek gazdów Ani i Stefana) urodzinował. Kupiłem mu zestaw pingpongowy (rakietki, piłki i siatka), więc trochę stukało się na świetlicy. Przy okazji pogawędki, odwiedziny dwóch rendżersów (jeden gaduła, drugi wręcz przeciwnie) i tak jakoś minął wieczór. Siedziałem jak na drożdżach, o pardon, jak na szpilkach. Do Roztoki przybył bowiem Piotrek Deska – fotograf robiący zdjęcia (głównie wspinaczkowe) dla La Sportivy, Black Diamonda, a nade wszystko dla 8a.pl, czyli dla sponsora Janusza Gołąba. Postanowienie mamy następujące: zbiórka o 4 rano i ciśniemy na wschód git planety na Szpiglasową Przełęcz. Zdjęcia na podejściu, na przełęczy „powitanie słońca”, potem sesja na zjeździe i specjalne foty produktowe pod kątem 8a.pl. Zasypiam na szybko, bo krótka będzie ta noc.

(Sesja produktowa dla 8a.pl, w akcji Piotr Deska, model Janusz Gołąb, fot. Dariusz Urbanowicz)

(Janusz Gołąb z nieodłączną kamerką gopro, w tle Dolina Pięciu Stawów Polskich, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przed zaśnięciem dokonałem analizy kulinarnej. W roztoczańskiej kuchni rządzi niepodzielnie ciotka Renata. Ciotka gotuje „jak u mamy”. Czego się nie dotknie, w przepyszność się zamienia. Po wielokroć ekscytowałem się poziomem kulinarnym w Austrii, jako że wielokrotnie wyjeżdżałem tam sobie w celach turystycznych. Tamże w każdym górskim schronisku (czy raczej chacie) można zjeść calutkie niebo w gębie. Utyskiwałem jednocześnie, że w polskich schroniskach z jedzeniem najlepiej nie bywa. Zmieniam zdanie stanowczo, za sprawą kulinarnych doznań właśnie w Roztoce. Przy każdym posiłku bowiem załapywałem się na nieba w gębie, całkowicie zdając się na Zosię. To ona typuje potrawy, a ja posłusznie zajadam z trzęsącymi uszyskami. Zatem wśród wielu przepyszności z rozmarzeniem wspominać zawsze będę krokiety, kluski śląskie, gołąbki, okolicznościową pizzę (i tort!) z okazji urodzin Józka (gazdy juniora). Mógłbym tak długo wymieniać, bo lista dań obszerna i w ciemno da się trafić w jakiś delikates. Tak rozmyślając usnąłem.

(Torujący Piotrek Deska, fot. Dariusz Urbanowicz)

Pobudka była brutalna. Dźwięk alarmu postawił na proste nogi nie tylko mnie, ale i Piotrka, który spał za ścianą. Szybko się zorganizowaliśmy na tyle, że o 4:30 spor Morskiego Oka ruszyliśmy już na nartach pod górę, w stronę Szpiglasowej Przełęczy. W trakcie marszu okazało się, że wschód zastał nas znacznie poniżej planowanego miejsca. Byliśmy Za Mnichem i tam, w Kotłach Miedzianego wykonaliśmy kilka kontrolnych podejść i zjazdów, aby Piotrek mógł odpowiednio mistycznie naświetlić „kliszę”. (Tak, wiem, że robił zdjęcia cyfrowe).  Pamiętam jego zdjęcie, które zrobił Januszowi o wschodzie na Rysach. Wtedy wyruszyli o 2 w nocy, by zdążyć. Jeśli i tym razem uda się takie zdjęcie, będę dumny jako mistrz drugiego planu. Podczas jednego z owych zjazdów zgubiłem talerzyk. Co prawda odnalazł się dzięki sokolemu wzrokowi Janusza, ale po trekkingu na Baltoro nie nadawał się do użytku. Musiałem iść bez talerzyka, co skończyło się przedziwnym upadkiem i w efekcie złamaniem kijka. Drałowałem więc tylko z jednym, ale na szczęście w końcówce podejścia pod Szpiglas Janusz pożyczył mi swój. Za nami napierał Piotrek dźwigając dwudziestokilogramowy plecak ze sprzętem foto zazdraszczając nam lekkości przemieszczania się na nartach. On maszerował zapadając się przynajmniej po kolana w śniegu.

(Jeden z efektów sesji Piotra Deski z dhclimbing.com -> jestem modelem!)

Aura sprawiła nam konkretnego psikusa. Po silnej odwilży ścisnęło mrozem, powiało wiatrem i wytworzyła się warstwa lodoszreni. W moim odczuciu to najtrudniejsze z możliwych warunków narciarskich poza trasami. Narty bowiem grzęzną i jadą na wprost bez najmniejszej woli skręcania. A jak już skręcą, to wymuszają rozbicie sylwetki, co często kończy się utratą równowagi i glebą. Po kilka dziś razy wpadałem mimowolnie gębą w śnieg. Całodzienny skitur był wspaniały, mimo trudności na zjazdach. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na dobrą godzinę na Szpiglasowej Przełęczy. Błękit, świetnie widoczne Tatry, można stać i tylko patrzeć. Przede wszystkim jednak dostaliśmy się tu w celach fotograficznych (ciąg dalszy sesji, w którą planowali Piotr z Januszem). 

Z wielką radością wracałem do Roztoki by podzielić się wrażeniami. Tam czekały na mnie dwa gigantyczne gołąbki ze specjalną dedykacją od ciotki Renaty. Umęczyłem się przeokrutnie,  lecz jednocześnie dzień uszczęśliwił mnie jeszcze przeokrutniej. Taki to sport.

(Gołąbek z Roztoki, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przygotowuję wpis o Starej Roztoce, o klimacie, o kilku aspektach historycznych. Trzymajcie kciuki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *