Jesienna Stara Roztoka

Poznaliśmy się na lotnisku, na Okęciu. Dzień wylotu ekipy Jędrka Bargiela do Islamabadu. Szaleństwo. Przepakowywanie bagaży, ważenie, po prostu odprawa celna, a leciało do Pakistanu sprzętu mnóstwo. Nie wszystko wszędzie można zmieścić, przełożyć, na szczęście obsługa uśmiechnięta i przychylna. Równolegle leci wyprawa Polskiego Związku Alpninizmu pod wodzą Jerzego Natkańskiego (znałem go, choć nie do końca świadomie, z biegów górskich organizowanych przez Team 360 Stopni w Starej Miłośnie i być może z rajdów przygodowych). To rekonesans. Zimą bowiem Polacy zamierzają atakować K2 – niezdobyty dotąd wierzchołek właśnie zimą. O czym przekonam się znacznie później, za sferę sportową ma odpowiadać Janusz Gołąb. Na lotnisku po prostu podajemy sobie rękę w pośpiechu. Ja mam lecieć tą samą drogą za dwa tygodnie. Niby ta sama, ale jakże inna wyprawa. W końcu Janusza już dokładniej poznaję w bazie pod Czogori. Bije od niego pewne dostojeństwo, spokój, równowaga. Niby wszyscy dzielimy ten sam los na lodowcu, ale widać, że Janusz ma pewną niezależność i nie chodzi wcale o wyniosłość, bo tego nie odczułem w żadnym aspekcie.

Dwa miesiące od powrotu z Karakorum Janusz czekał na mnie na dworcu kolejowym w Zakopanem. Nawet się zdziwiłem, że tam właśnie wysadza Szwagropol pasażerów, a nie na dworcu PKS. Podróż z przygodami, bo w Nowym Targu zdarzył się kocioł na dwururce. Autokar najpierw cofał dobry kilometr na wstecznym, potem zawijał w karkołomny sposób, ale dojechaliśmy ze spóźnieniem nie większym niż pół godziny. Dojazd do Starej Roztoki to sam w sobie totalny odlot. Ciemności, starodrzew, wjeżdżamy samochodem w miejsce, gdzie samochodem się nie wjeżdża, no chyba, że jest się pracownikiem schroniska. TEGO schroniska. A tu jak w domu. Rydze na kolacje. Wymarzone. Marynowane, w zalewie octowej, z cebulką i marchewką. Drugie zaś zupełnie inne. W czerwonym sosie pomidorowym, z papryką, na ostro. Mam teraz kilka słoików na wynos, po znajomości. Ostatnio jakoś tak mam do nich, do tych rydzów, szczęście. Moja Mama Ukochana przywiozła sporą ilość z Podkarpacia. Przez trzy dni jadłem bez opamiętania. Przyjeżdżam w Tatry, a tu porcja wybitnych czeka na mnie, marynowanych i tych takich w pikantnych pomidorach. Przepyszność.

Rano pobudka. Rydze aby zjeść, najpierw trzeba… nazbierać. Na grzybobraniu nie byłem od dobrych dwudziestu lat, a rzeczywiście to pewnie jeszcze to tej dwudziestki trzeba by dodać lekką górkę. Zaparkowaliśmy gdzieś poza granicami parku, poszliśmy w głąb lasu. Widok na Tatry obłędny, wschodzące słońce, jesienne listowie, rudawe, czerwonawe i w pomarańcz wpadające. Dwa razy wpadłem w błocko po kostki, ale szybko się błoto z butów wytarło w trawach. Zebraliśmy sześć wiader! Ja, przysięgam, że jedno całe. Ale najwięcej i tak rosło zaraz koło samochodu, o czym oczywiście przekonaliśmy się już wracając z „rydzokosów”.

Zośka to szatan, nie grzybiarz. Ona sama nazbierała 3,5 wiadra, półtora nakosił Janusz. Coś niesamowitego. Widziałem, że na fejsbuku ludziska meldowali z lasów wszelakich, iglastych, liściastych i mieszanych, chwalili, że grzybobranie w rekordowym rozmiarze. Ale że ja na grzybach mam na kolanach po krzunach śmigać? W głowie mi się nie mieściło. Dalszą część dnia spędziliśmy na rozmowach, wspominkach. Coś jest na rzeczy. Tak długie wywiady muszą poskutkować czymś naprawdę fajnym! Obiecuję!

Drugiego dnia nie wytrzymaliśmy i ruszyliśmy na spacer. Kierunek Dolina Pięciu Stawów Polskich. Czas marszu znaki nawigacyjne szacują na dwie godziny z hakiem. My dotarliśmy po godzinie i 45 minutach. Podczas podejścia spotkaliśmy zmęczonych nocną wyprawą ratunkową TOPR-owców z Kubą Poburką (tak, tak, tym co z nim byliśmy pod K2). Spotkanie pełne serdeczności. Kuba to ratownik, świetny wspinacz, bardzo, bardzo szybki w górach. Janusz twierdzi, że bardzo perspektywiczny jeśli chodzi o wyprawy w góry wysokie. Na zboczach K2 ustanowił swój osobisty rekord życiowy – 6700 m. Janusz twierdzi, że gdyby Kuba miał godnego siebie partnera, na pewno odbiłoby się to na niesamowitych przejściach w trudnych ścianach, a nawet jeśli chodzi o himalaizm. Nade wszystko to super wyszkolony, odpowiedzialny (przeprowadził mnie przez Grań Cosmique na Aguille du Midi), przy okazji skory do śmiechu kompan. Ciekawym, jak rozwinie się kariera Kuby. Trzymam kciuki z wielkiej mocy.

W „Piątce” wypiliśmy herbatę kwaśną, kolejny wywiad, kolejne wspominki, teorie i wizje. Ruszamy w stronę Morskiego Oka, czyli w stronę Doliny Rybiego Potoku. Janusz opowiada piękne historie na temat Tatr. Praktycznie gdzie nie spojrzy, coś jest do narysowania opowieścią. Świetna sprawa, bo od kilku sezonów odkrywa skitouring, i tu możemy gadać i gadać, bo to dziedzina narciarstwa, która mnie inspiruje mocno. Mimo że uparcie twierdzi, że jeździ słabo na nartach, w chwili gdy pokazuje mi żleby którymi zjechał, przekonuję się, że to rodzaj kokieterii. Oczywiście mając wśród najbliższych kompanów zjazdów tak wybitnych narciarzy jak Stefan Krupa (gazduje na Starej Roztoce) czy tez Jędrek Bargiel, wszyscy jeżdżą przy nich po prostu słabiutko. Spod „Piątki” możemy iść albo przez Szpiglasową Przełęcz, albo przez Świstówkę. Wybieramy Świstówkę, bo Janusz nie zna tego szlaku. Nigdy nim nie szedł. Trochę mnie to dziwi, ale w pozytywnym znaczeniu. Jest on zamykany na zimę, ponieważ przecina w górnej partii Żleb Żandarmerii. W dole widzimy niską roślinność nieśmiało wyrastającą w obszarze lawinisk. Bardzo niebezpieczne miejsce (zimą!). Na zejściu Janusz Gołąb spotyka swoich fanów, którzy rozpoznają Go, fotografują się, pytają, życzą powodzenia Zimą na K2. Bardzo to miłe. O robienie zdjęć jestem proszony ja. Człowiek statyw, hehe. Mega przyjemny postój na zwieńczenie wycieczki górskiej w schronisku nad Morskim Okiem. Coś mi w duszy gra, kiedy tam stoję. W Warszawie też mamy Morskie Oko. Mieszkam 300 metrów od tego jeziorka.

Najbardziej jednak elektryzuje mnie Kazalnica Mięguszowiecka. Genialna ściana. Zaczynam rozumieć dlaczego wspinacze nazywają ją Zerwą. Jakby ktoś gigantycznymi zębiskami ciachnął kawałek skały pozostawiając pionową ścianę, kultową w środowisku wspinaczkowym. Ludzie zapewne zerkają stąd na Rysy, które przecinają dwie… rysy i pojmują skąd nazwa tego szczytu. Ech, chciałoby się to wszystko wiedzieć, te historie, oficjalne i te bardziej ukryte, figlarne, kudłate, skrajne. Ponoć tylko barierka „Moka” zna wszystkie historie, wie kto co zrobił, czego dokonał w górach. Jeśli chodzi o wspinanie mam dobre trzydzieści lat zaległości w temacie, o czym po raz kolejny przekonam się już następnego dnia. Na szczęście, mam swoją dziedzinę, domenę i udaje mi się wydobyć od Janusza anegdotki. Będzie z czego się pośmiać. Kolejna obiecanka-cacanka.

Czwartek rozpoczynamy pysznym śniadaniem. Zresztą w Starej Roztoce nie jadłem jeszcze niczego, co nie byłoby pyszne. Zośka i Ciotki są mistrzyniami świata i kropka. Stara Roztoka dziś nieco na uboczu, poza głównymi szlakami. Trzeba kilka minut zejść od drogi do Morskiego Oka, tam gdzie odchodzi szlak do Doliny Pięciu Stawów. Zejść łatwo, po obiedzie podejść jest już ciężej. Każdy strzał w potrawę z jadłospisu, to strzał w dziesiątkę. Chciałby tu zrobić galerię zdjęć potraw, lecz problem się pojawia na bieżąco. Zanim sięgnę po aparat, po daniu pozostaje tylko wylizany do białości talerz. Kwaśnica i inne zupy obłędne. Uwaga, czosnkowa sprzyja celibatowi. Drugie dania równie wyborne, szykowane na miejscu, pierogi lepione, ciasta pieczone…

Kiedy po śniadaniu pozostaje tylko wspomnienie siadamy przed schroniskiem, pod jabłonką. Słońce przyjemnie grzeje. Pijemy herbatę i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy, a dyktafon nagrywa i jest bardzo cierpliwy. O 1400 decyzja z wczorajszego wieczora wchodzi w życie. Miało być tak, gadamy, gadamy, po czym ruszamy na Mnicha. Nieopatrznie siedząc pod ową barierką w „Moku” wyznałem, że kiedyś sobie wymarzyłem, że stanę na tym kosmicznym stożku. Od słowa do czynu w przypadku Janusza dystans jest minimalny. Do Morskiego Oka docieramy po godzinie szybkiego marszu. Tuż za pętlą, przy tym kuriozalnym punkcie gastronomicznym, skręcamy w prawo. Las mocno przerzedzony kornikiem, zawalone drzewa. Ścieżka wije się w zieleni, wykroty, korzenie, połamane pnie i dróżka też pnie się ku górze. W końcu docieramy do „Taboru”. To pole namiotowe okupowane przez taterników (teraz, od początku rykowiska opustoszałe). Namioty rozbija się na drewnianych platformach. Mam w zanadrzu wiele historii z tego miejsca, ale przyjdzie na nie pora. Już niedługo. Teraz tylko przelatujemy przez Szałasiska jak burza, by gnać dalej w stronę wymarzonego Mnicha. Czytam tylko w przelocie ostrzeżenia o zagrożeniu związanym z wizytami misiów i że żmije też stanowią zagrożenie i że na Mnicha idzie się dwie godziny. Gnam w samej koszulce, się pocę, idziemy szybko. Z góry schodzą setki osób. Od początkuk marszu mijamy pewnie z pięć takich stek, albo więcej, albo może trochę mniej. Tuż przed „Mokiem” skręcamy w prawo, na szlak. Pniemy się w górę tak zwaną ceprostradą. Ponoć to pierwsza taka droga, najwyższy tego rodzaju szlak, aby paniusie w sukniach i falbanach sto lat temu mogły sobie wyjść w wysokie góry. Szlak prowadzi na Szpiglasową Przełęcz. My z niego w pewnym momencie skręcamy i udajemy się na „zaplecze” Mnicha. Zbliżamy się pod ten niesamowity kształt. Boję się strasznie. Z dużym rozbawieniem słucham opowieści o przypadkowych ludziach, którzy trafiają tutaj na ten najłatwiejszy wariant dotarcia na Mnicha, o trzygodzinnej kolejce aby w ogóle wejść w drogę.

(Ja do tego dorzucam papierzaki na szlaku, akurat nie tym pod Mnicha, ale na wczorajszą Świstówkę. Kurde, jak można się zesrać na szlaku! Nie rozumiem i gardzę! Wiem, że może przycisnąć, ale srać na szlak?)

Podchodzę zatem w stresie, że będę taki jak ta paniusia, co zablokowała wyciąg na półtorej godziny, że się spietram, nie dam rady, Janusz będzie musiał mnie wciągać, a na koniec ze strachu polecę gdzieś na szlak nasrać. Dzięki mojemu Przewodnikowi udaje mi się zachować spokój. W newralgicznych momentach stoi blisko mnie, mówi, instruuje. Choć niemal do ostatniego momentu podchodzimy „na żywca” i boję się sakramencko. To najłatwiejsza droga, lecz są momenty że wyobraźnia naprawdę galopuje, po czym w pełnym pędzie staje dęba i rzuca się w trzystumetrową przepaść. W takich chwilach pozostaje nadrzędna myśl, przecież ten facet nie przyszedł tu ze mną, abym sobie zrobił krzywdę. Tu ma być fajnie. Mijamy po drodze kibica Legii. Zagaduje o moją buffkę w barwach. Potem zadaje szereg pytań. Janusz odpowiada z godną podziwu cierpliwością, mówi że wejdzie na szczyt bez asekuracji. Gość mu odradza. Nie wiem z kim mówi. Zakładamy w końcu uprzęże. Zachód słońca, na który tak się spieszyliśmy wydaje się bardzo odległy. Słońce wysoko, choć zegarek wskazywał godzinę zachodu na za 40 minut. Gołąb idzie pierwszy. Śledzę dokładnie każdy Jego ruch, abym chwilę później poszedł tą samą trasą. Wszystko wydaje się proste. Jaką on ma lekkość ruchów! Dwa trudniejsze momenty, na które zwraca uwagę, pokazuje i tłumaczy jak je pokonać. Puentuje to: „masz się tu po prostu wgirglać i tyle”. Zanim zdążyłem się obejrzeć na chylące się, jeszcze blado żółte słońce, Janusz już z góry mówi, że zmieni tylko buty (z wspinaczkowych) i już za chwilę mam startować. Wybiera linę. Jak się tylko napnie, mam ruszyć. Nie marudzę. Idę. Samo podejście, przyznaję, łatwe. W owych dwóch momentach delikatna ekwilibrystyka i już, już jestem coraz bliżej tego głazu na wierzchołku. Janusz podrzuca wskazówki, teraz trawers, teraz trochę w lewo, mocno na nogach, ręce tylko pomagają. Myk i jestem na samej górze. Nie odważam się stanąć nogach, od razu wpinam się w punkt asekuracyjny i sobie siedzę. Rozglądam się, szyja boli, bo dupa przyspawana do granitu.

– Jezusicku, jak tu piknie! Muszę zrobić zdjęcie! – mówię i sięgam do kieszeni po komórę.

– A ja muszę zjeść kanapkę – odpowiedział Gołąb. Zrobiło mi się trochę wstyd, ale zdjęcie mam i to niejedno. Po pół godzinie zrobiło się tak sakramencko zimno, że jednak postanowiliśmy się ewakuować. Tego się bałem. Zjazd powoduje we mnie straszny lęk. To trochę jak kotu łatwiej wdrapać się na drzewo, niż z niego zleźć. Tak ze mną właśnie jest. W dół mieliśmy tylko dwa zjazdy. Dałem radę, ale co się bałem by nie popuścić w galoty, to moje. Janusz wspomniał, że jak już weszli na Niedźwiedziego Zęba na Alasce (kosmiczne przejście), to zjeżdżali półtora dnia – 52 wyciągi. Nie wyobrażam tego sobie nawet, ale praktyka robi swoje i potem zjazdy już zapewne nie takie straszne. Jedno z marzeń wspinaczkowym sprzed lat udało mi się zrealizować, za co bardzo dziękuję Januszowi, pośrednio zaś Zosi, Ani, Stefanowi i ciotkom za gościnę w Roztoce – schronisku zdecydowanie numer 1!

Podaję linkę do Schroniska PTTK W Dolinie Roztoki (mimo że schronisko to w Dolinie Roztoki się nie znajduje ;). Przez dwa miesiące wisiała w nim wystawa zdjęć Janusza Gołąba z wyprawy letniej na K2. Ostatnio wisieć przestała, ale zastąpiła ją inna (tusze tatrzańskie techniką japońską wykonane).

Na koniec jeszcze jedno. To arcyważne, ale skoro ktoś dobrnął do tego momentu, znaczy że odrobinę się interesuje tematem. Jeśli zamierzacie się wspinać, np. na Mnicha, wynajmijcie przewodnika albo namówcie znajomego taternika. Dla Waszego bezpieczeństwa. Serio.

Jedna myśl nt. „Jesienna Stara Roztoka”

  1. Miło było Was spotkać pod najlepszym schroniskiem w Dolinie Roztoki, zamienić słowo o kradnących jedzenie Orzechówkach, wypić piwo, podsłuchiwać o czym rozmawiacie i spytać jak rozwiązać problem z przestrzenią / wysokością. Dziękuję za wspaniały wpis, wszystkiego dobrego !
    Pozdrawia ekipa piątkowych wędrowców 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *