Na północ od Kabulu, za przełęczą Salang, leży Mazari Szarif – miasto słynne z błękitnego meczetu i grobowca Alego, zięcia Proroka Mohammada. Świątynia jest dla Afgańczyków tym, czym dla Polaków klasztor na Jasnej Górze.
220 kilometrów na zachód od Mazari Szarif znajduje się prowincja Sare Pul ze stolicą o tej samej nazwie. W regionie tym mieszka około 136 tysięcy mieszkańców głównie Uzbecy, Tadżycy i Turkmeni. Pasztunowie są tu zdecydowaną mniejszością, ale zajmują bardzo ważne miejsce w hierarchii społecznej regionu. Są najzamożniejsi.

Siedemnaście kilometrów od stolicy prowincji, w dolinie leży mała wioska o dźwięcznej nazwie Egzag licząca około 200 rodzin, a po drugiej stronie rzeki leży wieś Kaszkari z podobną liczbą mieszkańców. Ziemie są tu żyzne, wody jest pod dostatkiem, a na okolicznych łąkach trawa i zioła wyrastają do kolan.
Jednak mieszkańcy wiosek żyją w biedzie. Zawierucha dziejowa wydrenowała wieś z pieniędzy i siły roboczej. Prawdę powiedziawszy Afgańczycy skwapliwie przykładają się do likwidacji drugiego problemu, ale to kreuje nowy dylemat – głodne buzie dzieci i wzrost bezrobocia.
Wielu mieszkańców zginęło z rąk talibów, Szaha Masuda, Hekmatiara, Dostuma i innych wielkich postaci walczących o wolność kraju, władzę i pieniądze.
Mały procent mężczyzn ma pracę (generalnie w Afganistanie kobiety nie pracują poza domem), w okolicy nie ma żadnej fabryki ani manufaktury. Są małe warsztaty, ale w nich pracuje właściciel i jego synowie, którym miejsce pracy zapewnia bardzo skromne utrzymanie.
Chłopi w zdecydowanej większości uprawiają spłachetek ziemi, którego powierzchnia przeważnie nie przekracza jednego hektara.
Rolnik nie jest w stanie wyżywić licznej rodziny, gdyż narzędzia, jakimi się posługuje są na poziomie średniowiecznego radła i sochy, konie wyglądają jak nasze źrebaki, a krowy są wielkości średniego cielaka.
Całej okolicy szefuje Pasztun Abdul Aziz Chan i jego bracia. Wspomaga ich mówiący nieźle po polsku inż. Mohammad Nazir Sidiqi – Tadżyk oraz paru Uzbeków i Turkmenów. To zgromadzenie, zwane Dżirga, postanowiło ożywić swoją okolicę i zaplanowało „spółdzielczą” hodowlę bydła, produkcję mleka i jego przetworów.
Na początku zamierza sprowadzić z Polski 20 krów do każdej z wsi i przekazanie je w ręce najbardziej wydajnych rolników oraz projektuje postawienie mleczarni.
Jednak ten plan jest trudny do wykonania, gdyż inicjatorzy nie mają odpowiedniej ilości pieniędzy, ani specjalistów od przetwarzania mleka. Oferują dobre łąki, wodę oraz bardzo dużo niewykwalifikowanej siły roboczej. Abdul Aziz Chan i inż. Mohammad Nazir Sidiqi zapewniają, że w ich okolicy panuje spokój, nie ma talibów, a pospolite przestępstwa występują na znacznie niższym poziomie od średniej krajowej.
Od zeszłego roku Dżirga poszukuje sponsora, który pomógłby im w likwidacji bezrobocia i biedy. Zorganizowanie kursów w zakresie hodowli wysokomlecznych krów oraz opieki weterynaryjnej nad bydłem też byłoby mile widziane przez projektodawców. Postawienie mlecznej manufaktury wyposażonej w najprostsze ręczne centryfugi do oddzielania śmietany od mleka czy też maślnicy – kierzynki dałoby zatrudnienie kilkunastu mężczyznom.
Nie jestem specem od mleczarni, ale wiem, że taki mały zakład produkcyjny nie powinien kosztować milionów, a największym kosztem w inwestycji byłaby prawdopodobnie kadź do chłodzenia mleka.
Świat wydaje miliardy dolarów na rakiety, czołgi oraz samoloty. Ten projekt to wydatek pewnie mniejszy niż jedna milionowa promila ceny niewykrywalnego superbombowca czy też łodzi podwodnej o napędzie atomowym.
Istotą pomysłu Abdul Aziz Chana i inż. Mohammada Nazira Sidiqi jest: ograniczenie bezrobocia, poprawa codziennej diety w rodzinie oraz wzrost dochodów wynikający ze sprzedaży mleka i jego produktów.
Nie są to pomysły w rodzaju utopii Roberta Owena, wręcz przeciwnie, daleko im do nich.
Jest jeszcze jeden ważny aspekt w tym przedsięwzięciu. Udział w tego rodzaju spółdzielni nauczy Afgańczyków wspólnie pracować niezależnie od przynależności do grupy etnicznej. Ponadto wprowadzenie nowych metod gospodarowania unaoczni miejscowym rolnikom fakt, że świat idzie naprzód, a tradycyjny styl życia nie musi być taki, do jakiego nakłaniają ich talibowie.
Dziś ich sposobem wyrazu dążenia ku „absolutnemu dobru” są deklaracje Osamy bin Ladena i innych islamistów żądających obalenia państw grzechu i zbudowania na ich gruzach niejasno określonego Królestwa Bożego.
Sukces pierwszej fazy projektu spowoduje zmiany w mentalności wieśniaków, którzy jak to bywa na zapadłej prowincji, są bardzo zachowawczy i ostrożnie wchodzą we wszelkiego rodzaju nowości. Jeśli tylko połowa krów zacznie dawać dobre mleko, właściciel wypełni zobowiązania wobec Fundacji, będzie współpracował w ramach „spółdzielni” i będzie się bogacił, to kolejka chętnych do współdziałania w drugiej fazie planu będzie sięgać Kabulu, albo jeszcze dalej.
W tym miejscu moje chapeau bas przed Abdul Aziz Chanem i inż. Mohammad Nazirem Sidiqi za tę inicjatywę oraz za chęć usunięcia podziałów etnicznych. Dodatkowo należy im się głęboki szacunek za to, iż są elementem napływowym na tych terenach. Chan jest Pasztunem, którego rodzina zamieszkała tu na początku XX wieku, a inżynier przyjechał z Europy 4 lata temu.
Mieszkają na wsi, bo chcą coś zrobić dla sąsiadów i okolicy, jak gdyby przyświecało im wezwanie Świętego Pawła „Zło dobrem zwyciężaj” i jakże często dodające nam otuchy słowa Jana Pawła II „ Nie lękajcie się”.
Może jestem fantastą, niczym mój szesnastowieczny imiennik Tomasz Morus autor „Utopii”.
Utopia może pochodzić zarówno od greckiego outopos (gr. ou — nie, topos — miejsce, nie-miejsce, miejsce, którego nie ma, nieistniejące), jak i od eutopia (dobre miejsce).
Chcę wierzyć, że Egzag i Kaszkari to dobre miejsca.
Tomasz Kamiński
(taktomasz@o2.pl)





