2012-01-08

autor:
Dariusz Urbanowicz

77. Plebiscyt Przeglądu Sportowego

Wszystko więc jasne. Znów wygrała Justyna Kowalczyk, co w sumie mnie nie dziwi. Gratuluję Justynie oraz mojemu byłemu pracodawcy, że jeszcze się jakoś trzyma w kupie (choć rzeźbi w niej przeokrutnie) i jest w stanie zrobić coś fajnego (mam na myśli plebiscyt). Gali w końcu nie obejrzałem, bo pracowałem do późna. A szkoda.

Z plotek: ponoć PS sprzedał w listopadzie 40 tysięcy egzemplarzy. Czyżby miał strzelić kopytami wkrótce? Najstarsza gazeta codzienna w tym kraju zostanie skreślona jednym i krótkim pociągnięciem pióra/długopisu, czy przeciągnięciem myszki, bo zawracaniem dupy jest pisanie codzienne tego samego szajsu o tych samych sprawach i to się wcale nie kalkuluje. Smutne. A może wrócić do pomysłu pisania o sporcie, a nie tylko futbolu i kilku jeszcze wyjątkach? Choć to i tak za późno pewnikiem. Ciekawe kiedy szczury zaczną spierd…ać z pokładu.

77. Plebiscyt Przeglądu Sportowego. Jakoś tak wciąż nie może mi przejść przez gardło, że to także plebiscyt TVP. Szczególnie, że w tym roku jestem mocno wkurzony za sprawą żeglarską. Wiadomo chyba o co chodzi, a raczej o kogo. O Zbyszka Gutkowskiego, Zośkę Klepacką i Piotrka Myszkę. Czego jeszcze tacy ludzie mają dokonać, aby znaleźć się w gronie najlepszych? A potem nawet jeśli są nominowani, to i tak ludożerka nie jest w stanie docenić ich wyników (czytaj: prawdziwych sukcesów), bo telewizja musi mieć “twarze”.

więcej

2012-01-07

autor:
Dariusz Urbanowicz

45d 13h 32m – rozumie się jako: 45 dni, 13 godzin i 32 minuty. To czas/nowy rekord opłynięcia kuli ziemskiej pod żaglami w ramach Jules Verne Trophy – takiego wyścigu z czasem na określonej trasie. Coś niewiarygodnego. Dziś za to miało miejsce równie spektakularne zdarzenie żeglarskie. Kapitan Paszke Roman zaliczył wycof z próby opłynięcia globu złą drogą, czyli pod wiatr i prąd. Zbliżał się do złowrogiego Przylądka Horn, kiedy jego katamaran zaczął nabierać wody. Sytuacja bardzo nieciekawa. Mam nadzieję, że kapitan wróci do kraju w zdrowiu. Na jego szczęśliwość nie liczę, bo zdaję sobie sprawę, że jeśli uda się uratować jacht, czeka go jeszcze jedna (przynajmniej) próba. Bo rozumiem, że Kapitan jest człowiek tyle honorowym, co odważnym. A jeśli łódka pójdzie na dno (argentyńskie służby ratownicze powiadomione są o możliwości nadania sygnału “mayday!”, a to znaczy, że będzie ratowane życie a nie sprzęt), kapitan Paszke Roman będzie musiał wydumać kolejną przygodę żeglarską. A zrobić po raz kolejny coś z niczego może być jeszcze trudniej.

więcej

2012-01-06

autor:
Dariusz Urbanowicz

Dla synów nieżeglarzy

Zapodał ten rysunek Gordon Kay, który prowadził Łódkę Bols dziesięć lat temu w wyścigu Sydney – Hobart. Zobaczyłem i wkleiłem tu, bo prawda to. Synu Mój Gustawie! Dobrze Ci radzę. Zostań żeglarzem.

sailors

więcej

2012-01-03

autor:
Dariusz Urbanowicz

Szczęśliwego roku nr 2012

Niniejszym, z małym opóźnieniem, za pomocą Zony Urbany, złożyłbym życzenia do siego roku, ale to ma konotacje wigilijne. Zatem życzę szczęśliwego nowego roku nr 2012 i pozdrawiam rodzinnie z Zakopanego, gdzie bawimy już od kilku dni. Dziś Gucio przejął na chwilę kierownicę w wozie…

gucix_drajwer

Kilka raz w życiu obiecywałem sobie: Sylwester w Zako = nigdy więcej. Złamałem się po raz kolejny i tym razem nie takich obietnic już nie wznoszę. A to za sprawą kilku fantastycznych, narciarskich dni na Kasprowym Wierchu. Po drugie Rodzina i Przyjaciele. Co ciekawe, w Zakopcu również można znaleźć enklawy, omijać zatłoczone knajpy, ograniczać przepychanki na Krupówkach, a przez miasto przemykać poza zakorkowanymi miejscami.

więcej

2011-12-22

autor:
Dariusz Urbanowicz

Gucio przedświąteczny

Kiedyś przeskanuję slajd z mojego dzieciństwa i może dopatrzycie się pewnego podobieństwa :)

gucio_zima

więcej

2011-12-16

autor:
Dariusz Urbanowicz

Wczoraj po kolacji (pyszna pizza = dużo tabasco i peperoncini) udaliśmy się na pewne wzniesienie na parking taki powyżej Santy Krystyny i wykonaliśmy kilka zdjęć moje zadanie było mocno  bierne ale raz spust migawki żem nacisnął więc mam też udział w fotografowaniu Chomik ustawiał przestawiał skakał jak małpa na drucie z lampami fleszami z antenkami oto jedna z fotek było jeszcze kilka innych więc prędzej czy później zapewne pojawią się w sieci mi najbardziej podobało się takie w stylu ganster stajl lecz to nie poniżej tylko inne

brumbrum

O! Chomik już zapakował to zdjęcie gansterskie na swoim blogu: http://www.ntn.pl/skifighters/inne-skifighters/nocne-blyskanie-w-val-gardenie/

więcej

2011-12-15

autor:
Dariusz Urbanowicz

Alpejski Puchar Świata

Zbyt wiele rozpisywać się nie zamierzam, bo roboty tutaj mnóstwo. Daję fotkę, którą pstryknął Chomik z samego rana dziś. Do poczytania nt. Pucharu Świata w Południowym Tyrolu (Val Gardena i Alta Badia) zapraszam na stronę: http://www.ntn.pl/seria/puchar-swiata-poludniowy-tyrol-2011/

Na tak dużej imprezie narciarskiej jestem po raz drugi. Kilka lat temu sprawozdawałem, jeszcze dla Przeglądu Sportowego, slalom Pucharu Świata. Wówczas wygrał Giorgio Rocca. Ale ten czas leci.

grucha-620x413

więcej

2011-12-05

autor:
Dariusz Urbanowicz

wujek gugle

Dostaję ja dziś takiego oto mejla:

Witam!

Pozwoliłem sobie zauważyć, na zonaurbana.pl, informacje o pobycie w budynku Myslivna w Harrachovie. Zastanawiam się nad wyprawą do tego miejsca i, gdyby to nie był problem, prosiłbym o jakieś informacje niehandlowe – np jakie naprawdę są tam warunki (pokoje, jedzenie, łazienki itp).
Dręczy mnie ten problem bo odpowiadam za 30-osobową grupę.

Pozdrawiam i z góry dziękuję jeśli mogę liczyć na odpowiedź

J.

Ponieważ to list niesprośny, postanowiłem go zacytować. To zaskakujące, że ktoś sobie przypomniał historię, którą napisałem w marcu 2010. A wszystko za sprawą pewnego wujka, którego jak tu nie lubić. To mój pierwszy list od Czytelnika, dlatego się chwalę. Podejrzewam, że zajrzał na Zonę Urbanę przez totalny przypadek, bo wyguglał sobie Maslivną i tyle.

więcej

2011-12-03

autor:
Dariusz Urbanowicz

http://www.ntn.pl/skifighters/racing-skifighters/syczenie-i-sosnoluby/

więcej

2011-12-02

autor:
Dariusz Urbanowicz

dzieciństwo na Grottgera

Wojtek Sikora nadesłał tekst, który zacytowałem w poprzednim wpisie i od razu się zebrało i wylało. Kumplom na fejsbuku też się zebrało i kilka wspomnień popłynęło. W związku z tym, postanowiłem pojechać dalej i pospisywać trochę wspomnień, które mi tak na szybko do głowy przychodzą. A więc urodziłem się w szpitalu na Komarowa, by kilka dni później na dobre i złe zamieszkać na Grottgera. Ulicy, o której wspomina choćby Stanisław Grzesiuk w książkach “Boso ale w ostrogach” i bodaj “Pięć lat kacetu”. Moje ukochane miejsce na Ziemi. Cud Natury Mój Prywatny. Kontynuując komentarze z fejsbuka…

Nasuwaliśmy się z innymi bandami. Np. Stare Grottgera – Nowe Grottgera, albo Grottgera – Promenada, albo Dolny Mokotów – Górny Mokotów. Jesienią odbywała się regularna walka o kasztanowce i kasztany, a jak były “sianokosy” to ściągaliśmy w jedno miejsce ławki z całego parku i robiliśmy fortece, okładaliśmy je trawą i też były wojny. Wtedy jeszcze kosili traktorami, co to nie zbierały trasy, tylko ona tak leżała kilka dni, aż ją spożytkowaliśmy jak należy. Albo puszczaliśmy bączki (w kapsel po ptysiu albo wódce upychało się saletrę wymieszaną z cukrem; otwór zatykało się tekturką. Jeśli bączek miał latać, trzeba było zrobić dwie dziurki, jak tylko nakopcić – jedną. Podpalało się i heja. Albo na wiosnę, na roztopy, pływało się na krach na stawiku; długi kij i normalny flis. A latem rzucaliśmy lotkami do ryb w tym stawiku. Bestialskie polowanie. Raz wlazłem na szkło, to mnie zszywał ojciec Piotrka Łapińskiego. Skoro wlazłem, to założyłem skarpetkę, potem buta i tak pokuśtykałem do domu. Białe nowe trampki. Jeden z nich – lewy – biały przestał być, a jucha wyciekała z buta strumieniem rwącym.

A w grzybku to grało się w grę “space pilot” i się strzelało samolotem do innych samolotów. Wrzucało się dwie piątki, takie jak teraz są w środku monety pięciozłotowej. Był jeszcze flliper, a żeby pograć w pakmana to się chodziło na Warszaklapę. Warszaklapa to Warszawianka. Tam były kiedyś baseny odkryte. Porządna pięćdziesiątka i dwa jakieś takie mniejsze. Można było przejść za darmochę przez płot, ale to groziło, że jeśli kogoś złapali kapusie, to trzeba było zamiatać basen później i był to trochę obciach. Czasem chodziliśmy też na Skrę popływać. Pamiętam, że zabierało się na basen kanapki, jaja na twardo, herbę w harcerskim bidonie itd.

Zdecydowanie pierwszą osobą, którą poznałem był wspomniany Wojtek Sikora. Nasi rodzice byli z jednej bandy ze swojej młodości i kumplują się do dziś dnia. Wojtek jest 1,5 roku młodszy ode mnie. Oprócz niego poznałem też Roberta Ziółkowskiego, który niedawno się zapił. Poznałem go, gdy miałem 5-6 lat, podczas pierwszego samodzielnego wyjścia na podwórko. Ziółek był starszy o jakieś dwa-trzy lata. Był szefem bandy. Mieszkał na klatce z dwoma Soplami, czyli Pawłem i Jackiem Sobczkami. Paweł  – ksywa Juby. Zawsze był duuży. Jacek z kolei bił wszelkie rekordy w żonglowaniu. Świetnie grał w piłkę. W bloku obok mieszkał Michał Wasilewski. Trochę wymoczkowaty, kiedyś się z nim tłukłem. Solówę mieliśmy przy piaskownicy. Walka była wyrównana. W końcu przyleciała jego matka, która chyba była pielęgniarką i wytargała go za uszy. A potem jeszcze pod balkonem słyszeliśmy, że dostał baty, za to, że się bił. Kiedy mój ojciec się dowiedział (zaskakująco przepływ informacji o zadymach był błyskawiczny), że się biłem z Michałem, zapytał czy chociaż wygrałem. Hehe. Na jego bloku kiedyś sprejem namazałem “Anthrax”. Napis ten widniał tam przez kilka dobrych lat. W trzecim z bloków oddzielających moją kamienicę od parku mieszkał Darek Kapelusz, który miał siostrzeńca Piotrka Ryczulskiego zwanego “Czarnym”. Matka “Czarnego” żyła na pograniczu permanentnej furii. Ojciec był chyba zomowcem albo kimś takim w pewnym momencie (piszę o początku lat 80.) i kiedyś spotkałem go w teatrze. Wtedy wcielał się akurat anderkawer w biletera albo kogoś takiego, a może po prostu dorabiał po godzinach. Kapelusz też był ode mnie starszy o kilka lat. Furii matki “Czarnego” się nie dziwię, bo za sąsiadkę miała matkę “Pikusia”. Pikuś był wyjątkowym lamusem i okularnikiem. Matka darła ryja za nim przez cały park. Nawet jej się nie chciało dupy ruszyć z balkonu. Ona zresztą też miała zeza, terrorystka jedna. Teraz chodzi dumna, że “Pikuś” jest z zawodu dyrektorem. Frajer nie przyznaje się do kumpli z dzieciństwa. Pikuś dostawał bęcki chyba nie tylko od niej, ale i od ojca. Trochę mu współczułem. Wbili mu ambicję do głowy przez dupę. W tym samym bloku mieszkał też “Piętaszek” – Adam Piętka. W sumie nigdy nie mieliśmy pewności, że gościu ma tak na nazwisko, ale pod takim figurował w naszej świadomości. A może piętka, bo strzelił gola piętką? Jego starszy brat był od nas ze trzy razy starszy i miałem przeświadczenie, że należał do starszego pokolenia. Przy estradzie pamiętam jak siedzieli z kumplami w dżinsach z dziurami. Tak trochę pankowo. Długie włosy i te sprawy. I jeszcze Adam Kazimierski, ale “Kazik” się potem gdzieś wyprowadził, czego nie byłem w stanie skumać. Do naszej bandy przynależał jeszcze Rufio, czyli Marcin Rupiński z Promenady. Promenada to była inna banda, ale on się łapał do nas. Ojciec wojskowy, jakaś szyszka. Potem Rufia spotkałem na jakichś zawodach pływackich, ale on trenował w podłej w owych czasach sekcji Pałacu Młodzieży. Ja w Polonii i miałem mocno przechlapane, kiedy się zaczęły określania tożsamości kibicowskiej. Potem jak się przeniosłem na pięciobój do Legii, to trochę się zmieniło. Pamiętam, że jak moi kumple grali po budzie w piłkę, czy to w parku, czy też na szkolnym albo tepci, to ja musiałem biegać. Pięciobój zobowiązywał. Dziś ledwo chodzę, bo mam kolana zmielone do cna. Później już na niektóre treningi wybierałem się z Piotrkiem Łapińskim – synem tego chirurga, co mnie posklejał po tym szkle w stawiku. Piotrek ciągnął usilnie gdzieś na skarpę, bo tam mu się jakaś dziewczyna podobała. W jego klatkowskiej mieszkało jeszcze dwóch braci Marcin “Antylopa” Wełna i młodszy Wojtek. Pamiętam jeszcze, że utożsamiał się z nami Piotrek Retkiewicz, który co prawda mieszkał na Nowym Grottgera (czyli parzyste numery), ale był po naszej stronie. Kiedyś, jak jeszcze graliśmy na starym boju przy gruszcze ulęgałce, to pokazał mi kimono do judo i zielony pasek. Kiedyś dał mi też nunczaka poniuchać, bo miał w domu. Coś mi się we łbie kołacze, że miał wilczura, ale pewny nie jestem. Kapelusz miał wilczura to pewne. A Wojtek Sikora wrednego “Miśka”, który się kumplował z moim “Parysem”. Do bandy z Nowego Grottgera należał Jasiek Wirtek, co to jego rodzice trudnili się dystrybucją alkoholu po godzinach działania sklepu później nazwanego Caringtonem; Jarek Niemczyk, co to mieszkał na samej górze w klatkowskiej, w której do niedawna mieszkał artysta Siudym. Andrzej i Paweł Kruszewscy. Andrzej zwany “Uszy” a potem i teraz “Klapek” ma klub Regenerację, w której bywam obecnie od czasu do czasu. Chodziłem z nim do żłobka. Mamy wspólne foty. Już wtedy miał uszy okazałe. Potem pamiętam, kiedy miałem szlabant i nie wychodziłem na podwórko, to stawiał głośniczek z piecem i grał na elektrycznej gitarze specjalnie dla mnie. Wzruszające. Mieliśmy okna vis a vis. Tam teraz mieszka jego brat, a “Klapek” wyniósł się na Nabielaka. Dwie klatki dalej mieszkali bracia Chrzankowie. Starszy zginął w wypadku motocyklowym. Co z młodszym się stało, pojęcia na mam. Wyprowadzili się. W ich bandzie też był Grzesio Kurdziel i Majer.

Dobra, to tyle na teraz.

cdn.

więcej
-->