Der Weisse Ring

Historia lubi się powtarzać. Dziś z powtórką nie miała wiele wspólnego, więc po raz pierwszy ścignąłem się w wyścigu o biały pierścionek. Kiedyś taki pierścionek zaiwanił kolega Bronek z wystawy, a dziś trza się o niego ścigać uskuteczniając zarówno technikę jak i odwagę narciarską. Słowo słowem, ciało ciałem, ale przyszedł czas na podsumowanie. Ze mną jest cienko definitywnie. 52 minuty i 38 sekund to czas, który, co prawda ujmy nie przynosi, ale optymizmem nie napawa.

Prawda prawdą, lecz należy się powołać na oficjalny wynik. W kategorii wiekowej z dumą zająłem 387. miejsce, do czego przyznaję się bez namysłu i wstydu. Gorzej to jednak wygląda, jeśli chodzi o wynikowanie finalne. O pięć minut wyprzedziłem Filipa Gawrysia, który trzepie mi skórę podczas wyścigów nieco bardziej technicznych, czytaj: np. gigant na zawodach dziennikarskich mistrzostw Polski i zapewne wszelkich innych. Tutaj, w Austrii w wyścigu na krechę, choć z momentami nudy na wyciągach, byłem lepszy ja i będę o tym przypominał z dumą przy każdej możliwej okazji.

Ponieważ wcale a wcale się nie okazało, że na stronie organizatora opublikowano wyniki, tak więc nie rozczulam się na temat ów. Byłem najszybszy z Polaków, co mniej więcej jest taką radością, jak z fantastycznego łamania przepisu ograniczającego prędkość w mieście do 50 km/h.

Teraz nieco impresji. Organizacyjnie: piątka. Chciałbym, aby kiedyś mój-własny-nasz-wspólny wyścig udało się przeprowadzić z takim hukiem jak tutaj w Lech. Słowo „Lech” wymawia się z takim „h” dźwięcznym jak przy nienawistnym wypowiedzeniu słowa na „ch”, prawie jak „ś”, ale nie za bardzo. A więc wyścig był barwny, poznałem kilka osób na wyciągu. Niemca 66-letniego. Innego Niemca, który o swoim wieku nie wspomniał nawet.

52:38 minut. Dużo i mało, skoro około 25-30 minut spędziliśmy na wyciągu. Z dumą pochwalę się, iż nie miałem odmowy fabryki. Mięśnie zapodawały, choć na odcinku „prawdy” – tym najstromszymniejszym, bolało, się krzyczało… Słabłem, ale chciałem i walczyłem. Najgorsze to jest, iż nikt nie słyszy narzekań. Sam jesteś, a wyprzedzają Cię goście na nartach do supergiganta. Nie to, że jechałem na „banditach” i nie jest to narta do jazdy na krechę, choć spisała się wybornie i chałwa jej za to.  Zatem zwaliwszy winę na nartę, przyznaję, że można znacznie obciąć wynik, który ja osiągnąłem. Przejechawszy kilka razy trasę będzie lepiej i to jest pewne! Za rok, mamy obiecane lepsze narty i lepsze poznanie trasy.

Nie ma co jednak narzekać. Ma się wiarę i pochodnej jej, nie trzeba uciekać. Jak Erich Honnecker, ten miał szczęście. Ludzie mówią, że to w nieszczęściu szczęście… Niezależnie, jeśli Franc Smuda powoła mnie osobiście do kardy piłkarskiej,  zamierzam zażądać dopinając kontrakt niebagatelną sumkę na rękę, plus kilka hopsztosów jako mąż i nie maż. Podstawowy będzie taki, iż zażyczę sobie numer 37 na klacie. Chodzi bowiem o trasę zwaną „Langerzug”, która oznaczona jest właśnie numerem 37. A było to tak: Coby się nie dołować, zaraz po zawodach i tradycyjnym piwku na mecie wybraliśmy się w objazd kilku stoków, które z racji zawodów umknęły naszemu wcześniejszemu rozkładowi jazdy. Trafiliśmy na trasę nr 37 (może jakiś specjalista od logarytmów doliczy się zależności do 387. miejsca?), nazywaną i znaną jako Langenzug. Boska! Stromo po maksie, szybko i równiutko jak na stole operacyjnym. Zachęcam do odwiedzenia tej trasy, bo daje się zapamiętać na długo. Mijają trzy dni od mojego pierwszego na niej zjazdu, a wciąż o niej pamiętam, choć miejscówkę narciarską zdążyłem zmienić i obecnie w Kiztbuehel bawię i sobie to chwalę. Zapraszam także do zmierzenia się z genialną trasą Der Streif, którą to wkrótce nawiedzą zawodnicy z Pucharu Świata w celu odbycia na niej wyścigu po raz siedemdziesiąty…

Zlebik

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Przyznaję obecnie, iż chciałbym móc oddać pioniznę czy też pionowość, która faktycznie tam istnieje na zdjęciach….

Ten żleb z fotografii jest niesamowity. Polecam go jeźdźcom wszelkim, gdyż ponieważ nie daje chwili odpoczynku. Jest wymagający, a kolega Sergio, który nie opanował się przed sprawdzeniem warunków lotnych, zjechał jakieś 300 metrów w dół. Trochę się poobijał, ale przeżył i ma co wspominać.

4 komentarze do “Der Weisse Ring”

  1. Owszem. 300 metrów lotu w charakterze żywej torpedy na długo zostanie w mojej pamięci. A jeśli bym kiedyś o tym zapomniał, to jeszcze dla moich wnuków pozostanie film, który nakręciłeś, a ja byłem łaskawy zerwać się do lou dokładnie gdy mijałem Pana Kamerzystę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.