Archiwa kategorii: SPORT

Być jak Forest Gump

Życie bywa proste, mimo pozoru trudności, z jakimi przychodzi nam się mierzyć. Mówi się zresztą, proste rozwiązania są najlepsze. Może dlatego Polak potrafi? Podobnie z bieganiem rzecz się ma. Niektórym nie wychodzi i tyle. Urzeka tytułowy Gump postanowieniem, które powziął pewnego dnia. Zaczął biec i tak biegł kilka lat. Potem nagle przestał, to tak. W międzyczasie padły z jego ust znamienne słowa „jak gdzieś szedłem to biegłem”. I tu trafiamy w sedno, a w zasadzie w jego zupełną odwrotność. Gdyż u mnie z bieganiem porobiło się tak, że mimo iż biegnę to idę. Chodzi mi tu o tempo w jakim się przemieszczam. No nie jestem w stanie przyspieszyć i kropka. Koniec. Tak też miało to miejsce w sobotę podczas amatorskich mistrzostw Polski na dystansie mili. Wziąłem udział trochę wbrew sobie. Strasznie mi się nie chciało, wiedziałem bowiem, że mój występ skończy się blamażem. Miejsce numer 225 dalekie jest od wywołania u mnie poczucia dumy, bo mam wiele wewnętrznych „ale”. Ale że stary jestem, ale że kulawy, ale że mało trenuję…

Faktycznie jak biegłem to szedłem. A dystans 1600 m ukończyłem w czasie 7:37.53. Dałem jakoś radę i w sumie chwalę to sobie. Gratuluję przy okazji wszystkim uczestnikom, szczególnie tym co mi dokopali. Największe jednak powinszowania kieruję do wszystkich, którzy jak ja zmobilizowali się do tego startu mimo woli. Wielka piona dla Tomka Smokowskiego i Jego małżonki Ady za organizację.

PS

Kurtka z pakietu startowego już przetestowana we wczorajszych deszczu strugach!

Pompawka Challenge 2017

Jako że tłuszcz spalać trzeba, a tryb prowadzę zgoła leżący, wymyśliłem dziś nowe wyzwanie. Zainspirował mnie kolega Jurek, z którym ćwiczyłem ostatnio na treningu judo.

Od dziś wprowadzam zasady:

Siku – 10 pompek.
Kupa – 20 pompek.
Zupa – 20 pompek + 20 przysiadów.
Obiad – 20 pompek + 40 przysiadów.

Tak mi dopomóż Bóg.

Słowo „pompawka” wymyślił Bliszek. Pompawka to pompka, w jego przekonaniu.

Legia MTB Marathon

Gucio znów się ścigał na rowerze. Tym razem na trasie Mini w Legia MTB Marathonie. Nominalnie trasa mini miała mierzyć 9,6 km (na rundzie 3,2 km), o czym zaświadcza poniższy skan wyciągu z regulaminu zawodów.

Na mecie okazało się, ze organizator zmienił długość rundy i dystans wyścigu. Zatem przejechaliśmy trzy rundy, co dało nam 12,6 km. Gucio umęczony i średnio szczęśliwy. Niby nie jedzie się po nagrody, ale… Na mecie żadnego dyplomu, o medalu nie wspominając. Włożył ogromny wysiłek w ten wyścig. To zawody MTB wiec na podium stają jedynie pierwsze trójki. Ja to rozumiem, Gutek trochę mniej.

Zadaniem specjalnym był ostatni podjazd na pętli. Zjazd za strony na umiejętności Gutka, a rower za ciężki by sobie dał radę… To była jedyna pomoc fizyczna na trasie z mojej strony – pomagałem Mu sprowadzić rower.

Uzupełnianie paliwa na mecie.

Gotowość przedstartowa.

W uznaniu zasług Gucio dostał nagrodę – historyczną koszulkę Teamu 360 Stopni.

Kolarska Legia świętuje w tym roku 88-lecie. Z tej okazji ślemy powinszowania serdeczne, od całej ekipy Urbanowiczów.

Co to był za wyścig!

Do historycznego wydarzenia dziś doszło w Międzylesiu. Raduje się serce, raduje się dusza. Bliszki wystartowały bowiem w wyścigu kolarskim.

Najpierw Kajko. Około 1500 m po płaskich, trochę błotnistych, nieco piaszczystych duktach. Jechał dzielnie, jedna gleba. Na start dotarliśmy w chwili startu. Tutaj niestety trochę ja dałem plamy, bo poniosły mnie nieco emocje. Kiedy usłyszeliśmy wystrzał ruszyliśmy od razu, mimo że znajdowaliśmy się za stawką. Trochę dzieci na tuptupach zagubiło się w akcji. Ich ojcowie zatrzymywali się na środku by ich asekurować. Wymuszone postoje, brak płynności jazdy. Spora dawka chaosu, niepotrzebnego pośpiechu. Kiedy już się rozrzedziło udało nam się rozpędzić i sprawnie dojechać do mety. Przegoniliśmy trochę ludzi. Kajko szczęśliwy i dumny. Ja też. To był wyścig dla mikrusów – roczniki 2012 i młodsze.

W wyścigu głównym startował Gucio. Z ostatniego sektora – roczniki 2010/2012. Ustawiliśmy się za grupą zasadniczą. Miał liczyć się czas dziecka uruchomiony łączony w momencie przecięcia linii startu/mety a nie na wystrzał startera. Udało się jechać w miarę płynnie, choć na początku trochę walczyliśmy podczas wymijania, ale po chwili Gucio wyczuł o co chodzi i szło już jak z płatka.

Zaimponował mi ten chłopiec. Po raz pierwszy ścigał się na serio. W jakimś stopniu wyobrażałem sobie jak to może wyglądać. Widziałem Gucia w akcji na runmageddonie. Ta jego determinacja…

Dążył do celu mimo dyskomfortu. Ubrałem Go za ciepło. Zaparowały Mu okulary. Sapał i co chwilę wycierał gile w rękaw. W czasie jazdy tłumaczyłem Mu aby jechał szybko musi czuć ciągle zmęczenie, że kiedy widzi kogoś przed sobą musi starać się go dogonić, potem chwilę odpocząć „na kole”, następnie wybrać stronę i rywala wyprzedzić. Dogonić kolejnego. Nie wiem ilu wyprzedził. Nie sprawdzałem wyników. Nie wiozłem Gucia na swoim kole. Pędził sam, własnym tempem. Spoczęliśmy na dyplomach i medalach za udział, pizzy i litrze pepsi na trzech.

Mój starszy syn jest wielkim sportowcem. Niewyobrażalnie wielkim, choć jeszcze malutkim. Od tygodnia walczył z tremą przed dzisiejszym startem. Poradził sobie, choć od rana był blady ze strachu. Dał radę, jak to się mówi. Nie wiem co z tego wyniknie. Cieszę się, bo Gucio świetnie broni się intelektualnie przed wywieraną przeze mnie sportową presją. Chce być piłkarzem Legii, malarzem, podróżnikiem i od niedawna architektem. Myślę, że wpajając mu sport próbuję, dla samemu sobie budować platformę do porozumienia z synami w przyszłości. Zatem co z tego wyniknie?

PS

Nie wytrzymałem i sprawdziłem wyniki następnego dnia… 😈

Żyję. Kolejny powrót do rzeczywistości.

Do kraju wróciłem już ponad miesiąc temu. Karakorum odrealnia i niełatwo jest się ogarnąć. Przysypiam gruszki w popiele pustki po Legii. Jadę dalej, wybijam się z mentalnej trampoliny. Dla spragnionych wrażeń z wyprawy #K2SkiChallenge zalecam mojego bloga na stronie weszlo.com. Zdjęcia wrzucam na instagram. Zachodźcie, zachodźcie…

Wyprawa otworzyła mi oczy na nowe. Przede mną kilka konkretnych wyzwań, o których więcej wkrótce. Teraz mogę zdradzić tylko, że będę miał dużo czytania i jeszcze więcej pisania. Czyli norma, prawie. Góry mi chodzą po głowie hałaśliwie. Chciałbym i ja móc narobić nielichego hałasu wynikającego z mojego po nich chodzenia i na nartach zjeżdżania.

Z ciekawostek osobistych, Gucio poszedł do szkoły. To jest dopiero przedsięwzięcie!

Ale się dzieje. Legia Mistrz i K2!

Oj, działo się w ostatnich tygodniach. Po odejściu z Legii liczba niesamowitych sytuacji nawarstwiła się znacznie. Okazało się bowiem, że mam jechać na K2. To znaczy na K2 wybiera się Andrzej Bargiel, a ja mam dotrzeć do bazy pod Górą Gór. 6 czerwca poprowadziłem konferencję prasową, podczas której Jędrek ogłosił plan zdobycia i zjazdu na nartach z K2. Honor to wielki dla mnie, bo karmię się takimi projektami. Uczestniczyłem w kilku fajnych przedsięwzięciach. Łódka Bols, jeździłem jako obstawa polskiej ekipy Speleo na mistrzostwa świata w adventure racingu. Sprawozdawałem największe imprezy żeglarskie i narciarskie. Teraz czas na góry. Jeśli ktoś pyta, nie, nie planuję zdobywać K2. To robota dla Jędrka i Kuby. Oni będą pracować w górze. Ja mam pisać, oprawiać mediowo wydarzenie z bazy. Zabieramy narty, więc coś na pewno pojeździmy w tym niesamowitym miejscu, ale nie planujemy nic ponad siły i możliwości. Mam dla kogo wrócić do domu.

konfa

Jesteśmy już pod Mount Blanc. Przyjechaliśmy do Chamonix na trening. Nie chodzi tylko o wydolność i aklimatyzację, ale zapoznanie/utrwalenie technik chodzenia po lodowcu, wspinaczki, może uda się skądś na nartach zjechać. Jędrek Bargiel oczywiście ma zapylać w górach. Im wyżej, im dłużej i ciężej, tym lepiej. My budujemy bazę, aby nas nie ścięło na trekkingu. Zaraz przyjeżdża z lotniska w Genewie Bodek Leśnodorski. Przygoda taka… 😉 Jędrek realizuje swój autorski projekt Hic Sunt Leones. Zdobywa ośmiotysięczniki w celach narciarskich.

Legia Mistrz. Zawirowań sporo w sezonie, ale udało się. Drużyna stanęła na wysokości zadania. Gratuluję z całego serca. W Warszawie szaleństwo. Feta niezapomniana i ponoć nawet niewielkie straty na mieście.  Podczas przemarszu na Starówkę miałem niezwykle przyjemne spotkanie. Podszedł do mnie kibic Legii z Wielkopolski (!!). Pogratulował mi, wiedział i rozumiał jakie okoliczności przegnały nas z Klubu. Na koniec poprosił o pozdrowienie Bliszków. Tym mnie rozczulił.

Rajd Majowy Przemyśl 2017

Nie jestem grafikiem, jak pewnie wiecie, jakiś tam kurs dtp mam udokumentowany, to się pochyliłem nad plakatem Rajdu 360 Stopni Przemyśl 2017. Oczywiście projektując płakałem.

Do rzeczy. Podbijamy Województwo Podkarpackie i robimy rajd przygodowy na dystansie 430 km. To trasa długa, dla zespołów czteroosobowych. Jest też krótka – 151 km. Zapisy wciąż możliwe i oczekiwane. W sumie to niesamowite, że tak piękny sport cieszy się tak małym zainteresowaniem. Nawet rodzinnym, jako sposób spędzania wspólnego czasu. W Gliwicach robimy Rajd Miejski Gliwice 2017 i na starcie stanie kilka setek ludzi. W niedzielę trasa rodzinna. Do poczytania tutaj: gliwice_2017.team360.pl.

Jeszcze jedna dygresja. Odnośnie autora powyższego zdjęcia. Wykonała je ekipa I LIKE PHOTO wynajęta przez Timeksa.  Prawdopobnie Mikołaj Jaźwiecki. Piękne czasy i chyba nasz najtrudniejszy rajd w blisko dziesięcioletniej karierze organizatora adventure  racingu. Odbył się częściowo w Jeleniej Górze. Na długą trasę zgłosiła się tylko jedna ekipa i ostatecznie ruszyła tylko trasa krótka. Kilometrażu nie pomnę, bo zacny. Warto poklikać, poczytać, bo działo się wiele!

Miało być o pracy plastycznej. Otóż plakat wygląda następująco. Po kliknięciu przeniesie na stronę rajdu. Warto wytężyć wzrok i zwrócić uwagę na naszych partnerów. Zatem oficjalnie, partnerem Rajdu 360 Stopni Przemyśl 2017 jest Województwo Podkarpackie!

2017_PRZEMYSL_PLAKAT 50PROCENT

Teraz Zakopane – LegiatoMy!

Melduję się z Zakopanego z kolejnej edycji wypraw „Zakopane – LegiatoMy!”. Warunki w Tatrach nieziemskie. Śniegu nasypało do pełna. Zagrożenie lawinowe pokaźne (4!!!), więc dziś pierwszy dzień potraktujemy z buta. Pod buta weźmiemy narty i wdrapiemy się gdzieś do granicy drzew. Bez szarżowania.

W międzyczasie wydarzyło się coś bardzo znaczącego w moim życiu. Mianowicie obejrzałem pierwszy od kilku lat mecz Legii Warszawa z drugiej strony mocy. Jak zapewne część z Was wie, byłem spikerem stadionowym Legii. Największego, najlepszego klubu sportowego w Polsce. Z najlepszymi kibicami. To był wielki zaszczyt móc pracować w Legii w ogóle, a w okresie jubileuszu w szczególe. Dziękuję za tę szansę i jedną z absolutnych przygód życia moim przyjaciołom Bogusławowi Leśnodorskiemu i Jakubowi Szumielewiczowi.  Dziękuję ekipie (zmieniającej się przez te kilka lat) Legia.com. Szanuję Was bardzo. Dziękuję całemu Klubowi, pracownikom, kibicom, a także sportowcom i działaczom sekcyjnym, którzy stanowią o jakości Legii jako całości. Z wieloma się zaprzyjaźniłem i tak pozostanie, aż rzucicie szalik na mój grób.

Odszedłem z klubu piłkarskiego przez imperatyw wewnętrzny, mimo rozdartego serca i miłości do Legii. Mecz obejrzany z trybun to wielkie przeżycie. Przeogromne i skrajne. Zupełnie inna adrenalina. Z jednej strony radość z powrotu na trybuny, z drugiej zaś poczucie pewnej pustki i braku wpływu na wydarzenia meczowe.  Szczególnie kiedy mimowolnie zerkałem w stronę ławek rezerwowych, gdzie jest stanowisko spikerskie (powodzenia Juras i Stasiak!).

Na pamiątkę tego meczu pozostają mi zdjęcia. Wykonali je zaprzyjaźnieni fotografowie, którzy wyłuskali mnie gdzieś tam w tłumie. To u góry wykonała Mishka  z Legionistów.

No dobra, nie rozckliwam się zbytnio, bo trza w góry cisnąć. Na moim instagramie podrzucam relacje live, jakby ktoś chciał.

Pozdro 420!

ps

Dziś 20 kwietnia, a data zobowiązuje. W nocy mierzyłem sobie tętno dzięki mojemu nowemu supersikorowi. No i wyszło, że o godzinie 4.20 miałem 42 uderzenia na minutę. Przypadek?

Rajd 360 Stopni – Przemyśl 2017

Triathlon właśnie wyszedł z mody. Miliony ludzi na listach startowych tkwią w głębokim błędzie, ale pracujemy aby ich z tego błędu za uszyska wyciągnąć.  To co mamy robić? Zapytają zapewne przerażeni triathloniści. Odpowiadam: Teraz czas na adventure racing, czyli z polska pisząc – rajdy przygodowe. Nadarza się idealna okazja. Zapraszam wszystkich podchodzących do życia aktywnie do Przemyśla. Tam bowiem odbędzie się Rajd Przygodowy 360 Stopni – Przemyśl 2017. W repertuarze mamy dwie trasy. Wybór długiej wiąże się z obowiązkiem pokonania dystansu około 400 km (słownie: czterystu kilometrów). Dla mniej wprawnych zawodników, albo takich, którzy nie są w stanie skompletować czteroosobowej ekipy pozostaje krótka trasa – 130 km do pokonania w zespołach dwuosobowych.

W samo południe sobotę 29 kwietnia rozpocznie się spektakularne wydarzenie – Rajd 360 Stopni Przemyśl 2017. Start nastąpi na przemyskim rynku. Wyścig odbędzie się na dwóch trasach długiej (ok. 400 km dla zespołów czteroosobowych) oraz krótkiej (ok. 130 km) dla par. – Zasadą rajdów przygodowych jest, że dystans pokonuje się non stop przy użyciu siły własnych mięśni – biegnąć lub idąc, jadąc na rowerze, na rolkach, płynąc kajakiem. Do tego trasa pokonywana jest na orientację. Celem zawodników jest odnalezienie zaznaczonych na mapach punktów kontrolnych. Na zawodników czekają dodatkowe atrakcje w postaci zadań specjalnych, które zawsze stanowią niespodziankę. Główną atrakcją jednak będzie piękno krajobrazu. Przemyśl i okolice po prostu mnie zachwyciły. Aż zazdroszczę zawodnikom wspaniałych wrażeń – mówi Igor Błachut – szef Teamu 360 Stopni, który organizuje zawody. Organizację rajdu wspierają Miasto Przemyśl oraz Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego.

Nasz Team 360 Stopni organizuje rajdy przygodowe od 2008 roku. Piszę to z pełnym przekonaniem, że trzymamy naprawdę dobry poziom organizacyjny, a główny projektant tras Igor Błachut wie co dobre i jak dać zawodnikom frajdę krajoznawczą. W dorobku mamy imprezy największej rangi z mistrzostwami Europy i pucharami Europy włącznie.

Wszelkie szczegóły nt. zawodów (również zapisy!) można znaleźć na stronie Team360.pl.

Harmonogram Rajdu 360 Stopni – Przemyśl 2017

Sobota (29 kwietnia 2017)

12.00 – start (trasa długa)

Poniedziałek (1 maja 2017)

11.00 – start Rajdu (trasa krótka)

Wtorek (2 maja 2017)

07.00-09.00 – przewidywany czas przybycia na metę zwycięzców trasy długiej i krótkiej
20.00 – zamknięcie mety (trasa długa i krótka)
21.00 – ceremonia zakończenia

 

Trasy Długa (dystans ok. 400 km): bieg na orientację / adventure running, rowery górskie, kajaki, rolki, zadania specjalne.

Trasa Krótka (ok. 130 km): bieg na orientację / adventure running, rowery górskie, kajaki, zadania specjalne.

#LPOLEG: Niewiarygodny ciąg wydarzeń!

Ależ chciałem być wczoraj w Poznaniu. Imieniny Żony Mojej Ukochanej Majówki (wszystkiego najlepszego!) pokrzyżowały jednak plany wyjazdu na ziemniakokosy. Mecz obejrzałem w doskonałym towarzystwie z Bogusiami Łobaczem i Leśnodorskim oraz z szanowną małżonką tego pierwszego – Halinką.

Sam mecz to wymiana ciosów i dowód na to, że pod względem sportowym obie drużyny po raz kolejny okazały się siebie warte. Obie strony miały okazje na zdobycie  bramki, czy raczej bramek, bo w niektórych akcjach to centymetry przesądzały o tym, że wynik do ostatnich chwil nie zmieniał się. W końcu jednak to Lech wyszedł na prowadzenie. Znów stały fragment gry, delikatne spóźnienie naszych obrońców i piłka wylądowała w siatce po oderzeniu potylicą przez Kędziorę. – Noto po meczu – nawet mi się wymsknęło, tak jakbym zapomniał że to Legia. A LEGIA WALCZY DO KOŃCA! Rożny, zamieszanie i piękny, rasowy strzał Maćka Dąbrowskiego. 1:1. Ale to nie koniec, bo sędzia Stefański doliczył cztery minuty i kiedy kończyła się ostatnia z minut nagle zawiązała się akcja. Podanie do Adama Hlouska, który pognał niczym wicher lewą stroną. Zdołał dośrodkować, mimo że krył go Murzyn Abdul Teteh, który wszedł na boisko chwilę wcześniej. Piłka leciała na głowę obrońcy, ale niezwykłą czutką wykazał się Kasper Hamalainen, który nagle ściął kąt i wsadził głowę idealnie zabierając piłkę tuż sprzed głowy Kostewycza. Zmylony obrońca, zmylony bramkarz i jest 2:1. Szaleństwo totalne na sektorze Żylety. Cała Legia oszalała z radości. Kibice Lecha zamilkli i się temu wcale nie dziwie. Usłyszeć tę ich ciszę… bezcenne. Nawet przez telewizor.

Niewiarygodny ciąg wydarzeń! Kocham Legię!