Archiwa kategorii: SPORT

Radio Weszlo.fm

Taki dziś dzień, że zostało ogłoszone urbi et orbi: współtworzę radio sportowe! Weszlo.com to jeden z najmocniejszych portali sportowych w kraju. Fakt, głównie piłkarska tematyka, ale pojawiają się również treści zgoła niefutbolowe. Dowód? Proszę KLIKNĄĆ TU – to prowadzi do moich felietonów z wyprawy #K2SkiChallenge. Pisałem je podczas ekspedycji do Pakistanu Jędrka Bargiela (planował zjechać na nartach z K2).

Nie będę się zbytnio rozpisywał tutaj, bo wiele się w tym okresie kształtuje. Plan jest taki, by nadawać o sporcie 24h/dobę siedem dni w tygodniu. Marzenie się spełnia właśnie. Odpalimy je 9 lutego, w czasie igrzysk olimpijskich, z początkiem piłkarskiej wiosny.

Mam takie szczęście, że zawodowo robię rzeczy, które naprawdę kocham. Pracowałem w Przeglądzie Sportowym traktując to jako pracę marzeń. Tam zostałem etatowym dziennikarzem i wsiąkłem w ten zawód na dobre. Sprawozdawałem największego imprezy sportowe (w ramach zainteresowań, przysięgam naprawdę z rzadka zajmowałem się tematami, które mnie nie ekscytowały). W ramach pracy startowałem w regatach Sydney – Hobart. Zwiedziłem pół świata, żeglowałem na Nowej Zelandii, w Australii, byłem Argentynie, USA i wielu krajach Europy. Startowałem w ekstremalnych zawodach narciarskich Derby de la Meije. Zacząłem trenować judo. Na igrzyska olimpijskie pojechałem jako fotograf największego polskiego wydawnictwa żeglarskiego. Komentuję m.in. narciarstwo alpejskie w Eurosporcie. Wcześniej jeździłem konno w scenach batalistycznych podczas realizacji filmu „Ogniem i Mieczem” Jerzego Hoffmanna… Litanię tę mógłbym tutaj przedłużać; dopisywać i dopisywać.

W międzyczasie jednak pewne zdarzenie odcisnęło na mnie silne piętno. Otóż na początku 2003 roku w moim życiu pojawiło się Radio PiN, gdzie poczułem magię tego medium i zakochałem się. Prowadziłem audycję „Out of Routine”, a później „360 Stopni”. Wcześniej działałem trochę w Radiu Wawa, kręciłem się przy radiowej Trójce (kto pamięta audycję Droga na Ostrołękę?). Lecz była to ledwie namiastka. PIN stanowił ewenement, ludzie, klimat, muzyka i frajda z obcowania z wybitnościami świata sportu i podróży. Przepytywałem sir Edmunda Hillary’ego, Krzysztofa Wielickiego, Leszka Cichego, Piotr Morawskiego, Roberta Kubicę, Wojciecha Cejrowskiego… Nazwiska wielkie, ale też kompletnych anonimów, którzy bez żadnego rozgłosu dokonywali fantastycznych czynów, docierali w najdalsze zakątki globu. Dzieło to chciałbym kontynuować w Weszlo.fm. Najpewniej audycja będzie się nazywać Zona Urbana. Wszystko okaże się wkrótce.

Kiedy kończyłem współpracę z PiN-em bodaj w 2011 roku tliła mi się w głowie myśl o stworzeniu mobilnej stacji, która by podążała za największymi wydarzeniami sportowymi i relacjonowała je lokalnie w eterze. Nic z tego oczywiście nie wyszło, ale kilka lat później wychodzi coś na kształt, ale zupełnie doskonalszego. Trzymajcie kciuki, bo to przedsięwzięcie co się zowie! Więcej szczegółów przedstawił szef przedsięwzięcia Krzysztof Stanowski w swoim ostatnim artykule.

Pragnę uspokoić, że opis mojego stanowiska na powyższej grafice ma charakter sarkastyczny.

Bliszki w kuźni

Kajko i Gucio debiutowali w barwach Legii Warszawa w turnieju judo do ośmiu lat. Zawody Kuźnia Młodych Talentów zorganizował klub Yuko Józefów. To wielka sprawa, dla mnie i dla moich synów. Bali się bardzo, tremowali, ale jak przyszło co do czego, wytrzymali presję i wyszli na matę. Dali z siebie wszystko. Walczyli z sercem, a moje serce napełnili dumą i szczęściem.

Oto pierwsza walka Kajtusia. Przegrywał, ale się podniósł, wyrównał i wygrał. Prawdziwy Zbój!

Gucio przegrał pierwszą walkę. Pamiętajmy, że dysfunkcja Gucia nie ułatwia mu sprawy. Walczy praktycznie jednorącz. Jego porażka i tak jest zwycięstwem. Do pojedynku podszedł najlepiej jak potrafił. Nie poddał się. Próbował. Uprawia funny judo pod okiem trenerki Olgi Zwolak, chodził wcześniej na treningi do Krzysztofa Wiłkomirskiego, Karoliny Koszeli, Grzegorza Zimeckiego oraz Bartka Rejniaka. Podobnie zresztą Kajko, ale on zaczął od Grzegorza. Judo to najlepszy sport dla malców! W sumie rozumiem obawy rodziców dziewczynek przed posłaniem na treningi, choć nie przekonują mnie wcale. Poklikajcie w stronę www.judo.legia.com. Tam znajdziecie artykuły na temat tego wspaniałego sportu. Ja ze swej strony mogę dzielić się wrażeniami osobistymi i spostrzeżeniami rozwoju moich synów. Wczoraj idąc na zajęcia po Gucia podniosłem Kajtka za łokcie. On bardzo dumny pyta czy jest silny.

⁃ Jak będziesz trenował, to będziesz sprawny jak kocur.

Zaglądamy do sali, w której ćwiczy Gucio. Kajtek: A ja już jestem sprawny jak małpiszon!

To fakt. Postępy sprawnościowe są niesamowite! To postępuje geometrycznie. Szczególnie cieszę się z tego jak to wyglada u Gucia.

Freeride – free your mind

Jazda po trasach narciarskich ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że jest fajnie. Minusem zaś że nie za bardzo. To znaczy obok tras fajniej, w tym sensie. Czasem wyjdzie z tej mojej/naszej jazdy coś fajoskiego. Pewnego razu, jeszcze za czasów pracy w Legii, udało mi się wycyganić od kolegów z działu wideo kamerkę. Trafił nam się jeden dzień pogody. Kolejnego już mgła i padaka z nagrywania. Nie mogę się zbytnio rozpisywać gdzie jeździliśmy z kilku względów.

Zatem kamerowałem ja, jeździł Bodek Leśnodorski, a montował Tomasz Sejbuk. Filmik sprzed dwóch zim. Polecam!

Zdjęcie główne pochodzi z wyprawy „K2 Ski Challenge”.

Będę się bronił!

Kolejny tekst  z przeszłości, a dokładnie sprzed czterech lat. Stąd też ich tego i poprzedniego) wątpliwa aktualność. Ale i tak są ciekawe.

 

3, 1, 4, znowu 1, 3 i w końcu… 12. Nie, to nie kombinacja liczb do jakiejś loterii, tylko pozycje jakie zajmował w poszczególnych sezonach Freeride World Touru Aurelien Ducroz. Do tego wszystkiego należy dodać dziesięć podiów w Pucharach Świata, w tym cztery zwycięstwa. Dwukrotny mistrz świata w ostatnim sezonie zaliczył najsłabszy wynik w historii swojej kariery. Czyżby był na zakręcie? Czy jest reliktem poprzedniej dekady? Nie wydaje się, by zaprzestał dobrze jeździć. Wciąż potrafił zbliżyć się do najlepszych wyników, ocierał się o podium. On wzdryga się przed takimi obserwacjami, choć wnioski wyciągane na podstawie gołych wyników są dla niego bezlitosne. Wciąż twierdzi, że niesamowite wyznaczane jego nartami na najbardziej niedostępnych ścianach najwyższych gór to jego druga natura. To natura, którą przesiąkł od swojego ojca, który w cieniu Mont Blanc czy też w pełnym słońcu na zboczach najwyższego szczytu Alp był przewodnikiem górskim. A jednak ciężar jego kariery coraz bardziej przenosi się na drugą z pasji pochodzącego z Chamonix Francuza. Żeglarstwo oceaniczne jest sportem na pewno nie mniej złożonym od narciarstwa ekstremalnego, a prawdopodobnie o wiele bardziej. Trudno się dziwić, że Aureliena ciągnie na ocean. To druga część jego natury, którą zawdzięcza dziadkowi. Jego praszczur dysponował jachtem na Morzu Śródziemnym. W końcu niczym piękny flash back powróciło żeglarstwo. Najpierw padło na klasę Mini. To 6,5 metrowe, niezwykle dzielne i szybkie jachty transoceaniczne. Służą do żeglugi solo. Po nieudanym występie w wyścigu przez Atlantyk – Mini Transat – Ducroz nie poddał się. Ba! Rozwija skrzydła. Wsiadł bowiem na klasę, która bardzo dynamicznie się rozwija. Class40 z kolei to łódź dla dwóch osób. Już niektóre eliminacje Mini wymagają dwuosobowej obsługi łodzi. Być może wtedy właśnie nabrał przekonania, że w duecie lepiej. Class40 połączyła go z Yannickiem Bastavenem i to z nim wystartowali w regatach z francuskiego La Havre do brazylijskiego portu Itajai. Wcześniej brał udział w treningach z młodym francuskim żeglarzem Francoisem Gabartem. Ten jest zwycięzcą ostatniej edycji Vendee Globe – a więc samotniczego wyścigu okołoziemskiego (bez zawijania do portów ani bez pomocy z zewnątrz). Co ciekawe Gabart na swoim jachcie Macife (klasa IMOCA) startuje również w Transat Jacques Vabre, a jego partnerem jest profesor solowego żeglarstwa Michel Desjoyeaux. Po takiej lekcji Aurelien może być na pewno spokojniejszy o swój poziom. Dużo tego żeglarstwa, lecz co z nartami? Na tę chwilę nie ma nazwiska Ducroz wśród uczestników Freeride World Touru na sezon 2014. Miejmy nadzieję, że ten stan się szybko zmieni, zaraz po zakończeniu regat w Brazylii. Twierdzi: Poziom rywalizacji wciąż się podnosi, a młodzi narciarze nie ustają w poszukiwaniu nowych środków freeride’owej ekspresji. Ja jednak ciągle się uczę i mierzę w obronę tytułu!

Wieśniak w mistrzowskiej koronie

Jakiś, bliżej nieokreślony czas temu, pisałem takie teksty. Były one drukowane na papierze w Adventure MAG (biuletyn wydawany i kolportowany przez sklepy Adventure Sports). Popełniłem tam m.in. takie oto działo na temat pewnego kosmity. Poczytajcie, bo pewnie nie każdy załapał się na papierowe wydanie.

Wierzy w to co robi. Poświęca się temu w całości. Czy to chodzi o ski-alpinizm, czy też warzenie sera, z którego właściwie żyje. William Bon Mardion jest zwykłym człowiekiem. Zwykłym zawodnikiem teamowym (ambasador firm Dynastar i La Sportiva). Tak zwykłym, jak tylko się da. Żyje z zegarkiem w ręku, bo dzięki precyzji w planowaniu dnia, realizuje założenia. Pracuje od – do. Trenuje od – do. Reszta to czas dla siebie samego, co w zasadzie znaczy: dla rodziny.

Dzięki systemowi i, co naturalne, darowi bardzo solidnych warunków fizycznych (187 cm wzrostu, 80 kg wagi) wspiął się na dosłowne wyżyny narciarstwa wysokogórskiego. Koszt sukcesów jednak jest niesamowity.

W dni powszednie wstaje o czwartej rano. Pracuje do 14.40, o 15.30 wychodzi na trening. Musi zdążyć do 18.00, bo wtedy odbiera dziecko ze żłobka. O 20.00 jego dziewczyna wraca z pracy i do tego czasu on zajmuje się bobasem. Kładzie się o 22.30. Uwielbia za to dni, kiedy nie musi pracować. W łóżku „wyleguje się” do 7.30, by trzy godziny później wyjść na długi trening. To właśnie logistyka czasowa stanowi jego największe wyzwanie. – Timing przede wszystkim. Organizacja czasu pomiędzy prace, trening i życie rodzinne… to bardzo cienka linia, po której stąpam. Jeśli momentami zastanawiam się, czego brakuje mi by poprawić się jeszcze jako zawodnik to… decyzji o przerwaniu pracy. To jednak nie jest takie proste. Mogę bowiem więcej czasu poświęcić na trening, ale kosztem czegoś. Z domu nie zrezygnuję – przyjemnie usłyszeć taką deklarację…

Na tę chwilę idzie mu bardzo dobrze. Na ostatnich mistrzostwach świata wywalczył cztery medale. Dwa złota – w wyścigu indywidualnym oraz drużynowym, a także srebro w kombinacji i brąz w sztafecie. Jednak sprawy nie mają się tak prosto, jak w przypadku pozostałej części światowej czołówki. W pierwszej dziesiątce Pucharu Świata jest tylko dwóch zawodników, którzy mają dzieci i pełnowymiarową pracę. Właśnie William i Pietro Lanfranchi. – Dążąc do ideału, brakuje mi czasu by więcej trenować i odpoczywać – twierdzi nasz bohater. Pamiętajmy bowiem o jakże prostej prawdzie: w życiu sportowca trening jest równie istotny co odpoczynek. Jeśli się odpowiednio nie zregenerujemy, odbije się nam to czkawką.

Co się działo poza mistrzostwami w ostatnim sezonie? Pierra Menta to nieoficjalne mistrzostwa świata. Najbardziej prestiżowy z wyścigów skitourowych. Cztery dni (przynajmniej), cztery etapy i dziesięć tysięcy metrów przewyższeń pozytywnych, czyli do wdrapania się w pionie. Kilkukrotnie stawał na podium, w końcu wygrał. A dlaczego nie, w końcu to jego podwórko. Mieszka w tamtym rejonie. To jego własne podwórko. Pierra Menta to czwarty najwyższy szczyt Masywu Beaufort (2714 m). William ściga się w parze z Mathéo Jacquemoudem. O tym wyścigu mówi się Tour de France skialpinizmu. Rozgrywany jest od 1986 roku. Trofeo Mezzalama – kolejny z genialnych wyścigów skitourowych (trzyosobowe składy; 45 km i 2862 m przewyższenia dodatniego) – miejsce drugie. Takie przykłady da się mnożyć. Recepta? W sieci można znaleźć film kręcony kamerką umieszczoną na kasku Williama. Wynika z niego, że podejścia stanowią domenę Mathéo. Na górze następuje zmiana i to Bon Mardion przejmuje stery. Wniosek: na skręcanie i hamowanie szkoda czasu. Mówi się, Francuz doszedł do wniosku, że podejście… podejściem. Tutaj poziom jak wysoki by nie był, na tym najwyższym poziomie i tak będzie w miarę wyrównany. Rezerwy jednak znajdują się jeszcze właśnie w zjazdach i na tym polu postanowił wyszukać niszę, po czym wykorzystuje ją do cna. Mimo że największe wyścigi odbywają się na zasadach zespołowych (ekipy złożone przynajmniej z dwóch zawodników), jego największym celem było zdobycie złota mistrzostw świata w konkurencji indywidualnej. – Zespół to zespół, radość jest wielka, lecz prawdziwy duch rywalizacji to walka z samym sobą. Pokonać rywali można dopiero pokonawszy samego siebie. Dlatego tak zależało mi by wygrać w solowej rywalizacji, bo to tutaj ogłaszany jest najlepszy narciarz świata – tłumaczył.

Największego szczęścia doświadczył na mecie, gdzie czekała na niego dziewczyna z synkiem. W końcu oni uczestniczą w jego treningu jak nikt i codziennie go wspierają. Oni byli częścią tego wielkiego sukcesu.

 

Stara Roztoka 21-22-23 listopada ’17 r.

Poprzedni pobyt w Starej Roztoce pozostawił we mnie głęboki ślad. Pisałem o tym, chwilę po powrocie do Warszawy. Nie potrafię wyjaśnić z czego wynika ten pokład emocji związany z tym starutkim schroniskiem im. Wincentego Pola. Na pewno elektryzujący jest powód, dla którego tutaj przyjeżdżam, czyli wywiady z Januszem Gołąbem, które nagrywam jako materiał do książki o wielkościanowej wspinaczce Janusza.

(Improwizowane podejście pod Szpiglasową Przełęcz, fot. Piotr Deska/dhclimbing.com)

Tym razem zrezygnowałem (z przyczyn obiektywnych) z dojazdu Pendolino do Krakowa i stamtąd busem do Zakopanego. Wsiadłem za to w nocny pociąg (odjazd z centralnej o 23:05) i dojechałem sobie na siódmą rano kuszetką wyspawszy się przednio (sic!). Autobusy teraz odjeżdżają z placu przed dworcem kolejowym. Te jadące na Palenicę Białczańską („kierunek Morskie Oko”) ruszają ze stanowiska nr 1. Bilet 10 zł od osoby, niespełna 40 minut i jesteśmy na parkingu na Palenicy. Miałem dwa plecaki i narty, więc zbyt szybko nie maszerowałem. Do tego coś mi się buty ślizgały. Niby porządne, pancerne, a tu włączył mi się Grzegorz Filipowski i niewiele brakowało, a palnąłbym efektownego rittbergera, albo inną ewolucję niemniej karkołomną wcale. I to po wielokroć. Do Roztoki dotarłem około 10:40. Okazało się, że obuw zabezpieczony przed #K2SkiChallenge to buty na wiosenno-jesienne wspiny z bieżnikiem nijak nie pasującym na zimowe łażenie po lodzie.

(Janusz Gołąb w kluczowym żlebie pod Szpiglasową Przełęczą walczy, fot. Dariusz Urbanowicz)

Okoliczności przyrody w Roztoce i tego, no, niepowtarzalne, prześliczne, magiczne. Pod „przyciętym modrzewiem” stoi kilka bałwanów. Lata niepokojąco para sójek. Dach z wykuszami przysypany śniegiem. Dym z komina unosi się niemal pionowo. Biało, choć mróz już puszczał i odczuwało się odwilż. Okazało się, że Janusz Gołąb ze Stefanem Krupą, który gazduje w Roztoce, wyszli na narty około dziewiątej rano. Nie doczekali się mnie, niestety, bo wycieczkę urządzili sobie przednią. Zameldowałem się z ambitnym planem wyruszenia w ich ślady. Jednak poszli w miejsce, gdzie nie do końca mi się śpieszyło i tak jakoś przypomniało mi się, że trochę chorowałem, że trochę nieprzespana noc i tak jakoś oczy mi się przymknęły i dopiero mnie Janusz obudził po powrocie. Pod względem sportowym ten dzień spisałem na straty. Trudno się mówi i wierzy w fajne wydarzenia dalej.

(Samojebka z Januszem Gołąbem na Szpiglasowej Przełęczy)

 (Szpiglasowa Przełęcz, fot. Dariusz Urbanowicz)

Środowy poranek powitał nas ścianą deszczu i sporym kawałem wczorajszego imieninowego tortu Janusza. Takie śniadanie. Lało, zatem gadaliśmy. To znaczy Janusz nawijał o wyprawach przez dobre sześć godzin, wspominał niesamowite ekspedycje, a ja patrzyłem na dyktafon i sprawdzałem czy aby baterii wystarczy. Popołudniową porą nie wytrzymałem i wybrałem się na potruchtanie. Wyszło mi dziesięć kilometrów w tych butach Salomona, ale założyłem raczki. Egzamin zdany perfekcyjnie. Wieczorem Józek (siedmioletni synek gazdów Ani i Stefana) urodzinował. Kupiłem mu zestaw pingpongowy (rakietki, piłki i siatka), więc trochę stukało się na świetlicy. Przy okazji pogawędki, odwiedziny dwóch rendżersów (jeden gaduła, drugi wręcz przeciwnie) i tak jakoś minął wieczór. Siedziałem jak na drożdżach, o pardon, jak na szpilkach. Do Roztoki przybył bowiem Piotrek Deska – fotograf robiący zdjęcia (głównie wspinaczkowe) dla La Sportivy, Black Diamonda, a nade wszystko dla 8a.pl, czyli dla sponsora Janusza Gołąba. Postanowienie mamy następujące: zbiórka o 4 rano i ciśniemy na wschód git planety na Szpiglasową Przełęcz. Zdjęcia na podejściu, na przełęczy „powitanie słońca”, potem sesja na zjeździe i specjalne foty produktowe pod kątem 8a.pl. Zasypiam na szybko, bo krótka będzie ta noc.

(Sesja produktowa dla 8a.pl, w akcji Piotr Deska, model Janusz Gołąb, fot. Dariusz Urbanowicz)

(Janusz Gołąb z nieodłączną kamerką gopro, w tle Dolina Pięciu Stawów Polskich, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przed zaśnięciem dokonałem analizy kulinarnej. W roztoczańskiej kuchni rządzi niepodzielnie ciotka Renata. Ciotka gotuje „jak u mamy”. Czego się nie dotknie, w przepyszność się zamienia. Po wielokroć ekscytowałem się poziomem kulinarnym w Austrii, jako że wielokrotnie wyjeżdżałem tam sobie w celach turystycznych. Tamże w każdym górskim schronisku (czy raczej chacie) można zjeść calutkie niebo w gębie. Utyskiwałem jednocześnie, że w polskich schroniskach z jedzeniem najlepiej nie bywa. Zmieniam zdanie stanowczo, za sprawą kulinarnych doznań właśnie w Roztoce. Przy każdym posiłku bowiem załapywałem się na nieba w gębie, całkowicie zdając się na Zosię. To ona typuje potrawy, a ja posłusznie zajadam z trzęsącymi uszyskami. Zatem wśród wielu przepyszności z rozmarzeniem wspominać zawsze będę krokiety, kluski śląskie, gołąbki, okolicznościową pizzę (i tort!) z okazji urodzin Józka (gazdy juniora). Mógłbym tak długo wymieniać, bo lista dań obszerna i w ciemno da się trafić w jakiś delikates. Tak rozmyślając usnąłem.

(Torujący Piotrek Deska, fot. Dariusz Urbanowicz)

Pobudka była brutalna. Dźwięk alarmu postawił na proste nogi nie tylko mnie, ale i Piotrka, który spał za ścianą. Szybko się zorganizowaliśmy na tyle, że o 4:30 spor Morskiego Oka ruszyliśmy już na nartach pod górę, w stronę Szpiglasowej Przełęczy. W trakcie marszu okazało się, że wschód zastał nas znacznie poniżej planowanego miejsca. Byliśmy Za Mnichem i tam, w Kotłach Miedzianego wykonaliśmy kilka kontrolnych podejść i zjazdów, aby Piotrek mógł odpowiednio mistycznie naświetlić „kliszę”. (Tak, wiem, że robił zdjęcia cyfrowe).  Pamiętam jego zdjęcie, które zrobił Januszowi o wschodzie na Rysach. Wtedy wyruszyli o 2 w nocy, by zdążyć. Jeśli i tym razem uda się takie zdjęcie, będę dumny jako mistrz drugiego planu. Podczas jednego z owych zjazdów zgubiłem talerzyk. Co prawda odnalazł się dzięki sokolemu wzrokowi Janusza, ale po trekkingu na Baltoro nie nadawał się do użytku. Musiałem iść bez talerzyka, co skończyło się przedziwnym upadkiem i w efekcie złamaniem kijka. Drałowałem więc tylko z jednym, ale na szczęście w końcówce podejścia pod Szpiglas Janusz pożyczył mi swój. Za nami napierał Piotrek dźwigając dwudziestokilogramowy plecak ze sprzętem foto zazdraszczając nam lekkości przemieszczania się na nartach. On maszerował zapadając się przynajmniej po kolana w śniegu.

(Jeden z efektów sesji Piotra Deski z dhclimbing.com -> jestem modelem!)

Aura sprawiła nam konkretnego psikusa. Po silnej odwilży ścisnęło mrozem, powiało wiatrem i wytworzyła się warstwa lodoszreni. W moim odczuciu to najtrudniejsze z możliwych warunków narciarskich poza trasami. Narty bowiem grzęzną i jadą na wprost bez najmniejszej woli skręcania. A jak już skręcą, to wymuszają rozbicie sylwetki, co często kończy się utratą równowagi i glebą. Po kilka dziś razy wpadałem mimowolnie gębą w śnieg. Całodzienny skitur był wspaniały, mimo trudności na zjazdach. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na dobrą godzinę na Szpiglasowej Przełęczy. Błękit, świetnie widoczne Tatry, można stać i tylko patrzeć. Przede wszystkim jednak dostaliśmy się tu w celach fotograficznych (ciąg dalszy sesji, w którą planowali Piotr z Januszem). 

Z wielką radością wracałem do Roztoki by podzielić się wrażeniami. Tam czekały na mnie dwa gigantyczne gołąbki ze specjalną dedykacją od ciotki Renaty. Umęczyłem się przeokrutnie,  lecz jednocześnie dzień uszczęśliwił mnie jeszcze przeokrutniej. Taki to sport.

(Gołąbek z Roztoki, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przygotowuję wpis o Starej Roztoce, o klimacie, o kilku aspektach historycznych. Trzymajcie kciuki.

U Hermanna Maiera na rewirze

Wciąż zalegam jeszcze z jednym wpisem odnośnie ostatniego wyjazdu w Tatry, a dokładnie do Starej Roztoki. Myślę, że jutro go wrzucę. Tymczasem dziś spotkałem się z szefami marketingu Styrii, a więc bodaj najbliżej Polski położonego regionu narciarskiego w Austrii. Okoliczne ośrodki połączone są pod znaną w Polsce nazwą Ski Amade. Mam spory sentyment dla tego regionu, za sprawą wyjazdu rowerowego sprzed kilku lat. Zatrzymaliśmy się wtedy najpierw w Filzmoos, a potem w Radstadt, w miasteczku, w którym w alei gwiazd wmurowana została gwiazda Hermanna Maiera. Ten jeden z najwybitniejszych narciarzy w historii pochodzi z pobliskiego Flachau. W tej miejscowości odbywa się spektakularny, wieczorny slalom Pucharu Świata. Podobnie zresztą jak w pobliskim Schladming. Nocne wyścigi najlepszych narciarzy cieszą się ogromną popularnością. Na trybunach i wzdłuż tras pojawiają się dziesiątki tysięcy kibiców. Uwielbiam je komentować!

(Na zdjęciu Nicole Schmidhofer podczas supergiganta mistrzostw świata w Sankt Moritz, kiedy to dość nieoczekiwanie zdobywała w poprzednim sezonie złoty medal. Austriaczka firmuje tamtejszy region Murtal)

PŚ w slalomie kobiet – 9 stycznia 2018 r.
PŚ w slalomie mężczyzn – 23 stycznia 2018 r.

Narciarsko jednak tego rejonu zbyt dobrze nie miałem okazji poznać, więc nie rekomenduję tutaj niczego szczególnego. Choć wiele dobrego się słyszy w kontekście narciarstwa zjazdowego  Czego się dziś dowiedziałem na konferencji Steiermarku? Otóż Polacy lubią Ski Amade. Przekonują o tym liczby noclegów i kwoty zostawiane na miejscu przez turystów. Większość narciarzy traktuję tę aktywność jako pretekst do wyjazdów rodzinnych. Na miejscu zatem można się zapoznać z bogatą ofertą właśnie od kontem dzieci. Nie będę się tu zbytnio rozpisywał, cobyście po prostu kliknęli w stronę Ski Amade i poszukali tego, co Was najbardziej interesuje.

Pozwolę sobie przypomnieć filmik nakręcony przez Adama Jurowskiego podczas naszej wspólnej Austrostrady z 2011 roku, czyli wyprawy rowerowej po najciekawszych miejscach Austrii. Między innymi byliśmy właśnie pod Dachsteinem na niesamowitych przelotach!

50-lecie SP 263

Dziś odbył się pierwszy akord obchodów półwiecza Szkoły Podstawowej nr 263. Podsumowanie sezonu sportowców z mojej starej szkoły. A trzeba im przyznać, że osiągnięciami imponują. UKS G8 Bielany Warszawa w klasyfikacjach małolatów wygrywa wiele klasyfikacji przede wszystkim w pływaniu i pięcioboju nowoczesnym, a także w biathlonie i taekwondo olimpijskim. Na czele szkoły stoi od lat dyrektor Jan Orłowski. W moich czasach był naszym nauczycielem wychowania fizycznego. Potem dość szybko został dyrektorem sportowym (mogę przekręcać brzmienie tej funkcji), a potem już dyrektorem całego zamieszania. Trzeba pamiętać, że nasz rocznik kończył podstawówkę w 1989 roku. Panu dyrektorowi zebrało się na wspominki w „mówię końcowej” dzisiejszej akademii i raczył nas nieco odmłodzić stwierdzeniem, że było to „z dwadzieścia lat temu”. Zatem Panie Dyrektorze, było to trochę dawniej.

Pozwolę sobie tutaj zebrać część naszej historii. Może się komuś przyda, może ktoś inny się uśmiechnie na wspomnienie i uroni łzę nad marnym losem człowieka wciśniętego w tryby machiny czasu…

W każdym roczniku były trzy klasy. A, B i C. C to pion klas sportowych. Do tych klasy ponoć były nabory (przed klasą IV). Ja miałem o tyle ułatwione zadanie, że pływałem bardzo dobrze (jak na dzieci, które uczyły się od czwartej klasy). Wręcz aby podtrzymać poziom wytrenowania musiałem chodzić na treningi z kadrą na Łazienkowską. Pływaliśmy pod okiem trenera Zbigniewa Pacelta w tej szklarni, w której kapały krople lodowatej wody na głowy i grzbiety. Do tego zdarzała się mgła na pływalni taka, że nie widać było na dziesięć metrów. Niewiele już pamiętam, ale majaczy mi się, że chodziliśmy prosto z treningów na mecze, jako zawodników żołnierze wpuszczali nas bezproblemowo na Żyletę. Potem jaraliśmy się przyśpiewkami i jazdą rozhuśtanymi autobusami. Te szkolne treningi pływackie (na basenie DW-Lotu przy ul. Lindego, co śmieszne tam teraz jest genialny obiekt i tam właśnie przeniosła się Szkoła Mistrzostwa Sportowego, czyli ogólniak który kończyłem) prowadziła pani Mirka Jakubowska. Młoda, ładna dziewczyna. Ponoć mieszka teraz w Zakopanem. Szermierkę mieliśmy z Pawłem Kikiewiczem – trenerem znanym pod ksywką „Kisiel” i z Oktawianem Sarną. Sporadycznie pojawiał się Sławomir Kopeć. Na konie jeździliśmy na Fort Bema raz w tygodniu, w piątki. Nie wiem, czy nie byliśmy jakoś podzieleni, że jeździło się co drugi tydzień… Pamiętam, że pierwsze kroki stawialiśmy na Herbie zwanym Gackiem, czyli pociągowym koniku polskim. To raczej była woltyżerka, gdzie każdy spadał po kilka razy podczas prób wsiadania. Rzucaliśmy w Herba grudkami ziemi aby brykał. Spadaliśmy jak ulęgałki, co bardzo nas śmieszyło. Nieśmiertelność 15/10. Pamiętam też konie Delikwenta, Dumkę, Dajkę, Juranda, Opla… Leciwy Opel ponoć wyłamywał (o czym miałem się przekonać trochę później) i wybił nawet jedynki starszemu koledze Krzysztofowi Tymendorfowi (ponoć został dzielnicowym gdzieś tam na rewirze). Strzelanie mieliśmy z trenerem Bartczakiem. Strzelaliśmy w szatni szkolnej, gdzie było kilka stanowisk do napiżania z broni śrutowej. Treningi z broni palnej mieliśmy już na Fortach Bema. Biegaliśmy z Oktawianem początkowo, bo pan dyrektor ani nasza wychowawczyni Mirka raczej biegiem długodystansowym się nie hańbili. Na każde wyjście ktoś dostawał smycz, a na jej końcu biegała Gaja. To wilczyca śp. pana Zbigniewa Kuciewicza. Pies zawsze pilnował osoby, która biegła ze smyczą w garści.

W naszym roczniku zdarzyło się kilku niezłych ananasów. Dziś obecny na uroczystości Igor Warabida to dwukrotny olimpijczyk (5. Atlanta 1996 oraz 15. Sydney 2000). Był mistrzem świata w sztafetach i drużynie. Generalnie cozagość. Mało kto w historii piecioboju ktokolwiek biegał tak szybko jak Igor. Dołączył do naszej klasie jakoś tak w czwartej klasie. Uciekał z Polonii pływackiej do pięciobojowej Legii. Igora nazywaliśmy Korkiem (z racji na niesamowitą pływalność) albo Kornikiem.
Z Konwiktorskiej uciekło jeszcze kilka osób. W tym ja, ale też znany socjolog i politolog dr hab. (o ile już nie profesor) Mikołaj Cześnik zwany Cześkiem, Szczurem albo Wodnikiem. Karierę sportową do dziś robi jego siostra Maria – wybitna triathlonistka. Ona zresztą również pływała na Polonii. Czesiek jest chyba jedynym naukowcem z naszego grona. Na Uniwersytecie Warszawskim obijała się też naukowo Inga Oleksiuk (zwana Pimpą), która dziś jest adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji w stopniu doktora. Ojciec Ingi był tłumaczem języka włoskiego.

Dziś przygotowano medal dla jeszcze jednej osoby, która niestety nie zaszczyciła starych murów obecnością. Bogusław Leśnodorski doszedł do nas w wakacje przed szóstą klasą. Ja już tam byłem od roku, nieco okrzepły, lecz wciąż nie miałem wspólnego języka ze znaczną częścią ludzi. Bodzio, jak na niego mówiliśmy, pojechał z nami na obóz jeździecki do Łącka. Trenowaliśmy dwa razy dziennie z dzisiejszym trenerem kadry pięciobojowej Andrzejem Żółkiewskim (aktorem, bratem naszego trenera Jana Żółkiewskiego) oraz Oktawianem Sarną. Tawi ściągnął mnie na pięciobój rok wcześniej, to syn znajomej Mojego Ojca. Uratował mnie przed dłuższym pobytem na Polonii.

 

Cdn.

Jesienna Stara Roztoka

Poznaliśmy się na lotnisku, na Okęciu. Dzień wylotu ekipy Jędrka Bargiela do Islamabadu. Szaleństwo. Przepakowywanie bagaży, ważenie, po prostu odprawa celna, a leciało do Pakistanu sprzętu mnóstwo. Nie wszystko wszędzie można zmieścić, przełożyć, na szczęście obsługa uśmiechnięta i przychylna. Równolegle leci wyprawa Polskiego Związku Alpninizmu pod wodzą Jerzego Natkańskiego (znałem go, choć nie do końca świadomie, z biegów górskich organizowanych przez Team 360 Stopni w Starej Miłośnie i być może z rajdów przygodowych). To rekonesans. Zimą bowiem Polacy zamierzają atakować K2 – niezdobyty dotąd wierzchołek właśnie zimą. O czym przekonam się znacznie później, za sferę sportową ma odpowiadać Janusz Gołąb. Na lotnisku po prostu podajemy sobie rękę w pośpiechu. Ja mam lecieć tą samą drogą za dwa tygodnie. Niby ta sama, ale jakże inna wyprawa. W końcu Janusza już dokładniej poznaję w bazie pod Czogori. Bije od niego pewne dostojeństwo, spokój, równowaga. Niby wszyscy dzielimy ten sam los na lodowcu, ale widać, że Janusz ma pewną niezależność i nie chodzi wcale o wyniosłość, bo tego nie odczułem w żadnym aspekcie.

Dwa miesiące od powrotu z Karakorum Janusz czekał na mnie na dworcu kolejowym w Zakopanem. Nawet się zdziwiłem, że tam właśnie wysadza Szwagropol pasażerów, a nie na dworcu PKS. Podróż z przygodami, bo w Nowym Targu zdarzył się kocioł na dwururce. Autokar najpierw cofał dobry kilometr na wstecznym, potem zawijał w karkołomny sposób, ale dojechaliśmy ze spóźnieniem nie większym niż pół godziny. Dojazd do Starej Roztoki to sam w sobie totalny odlot. Ciemności, starodrzew, wjeżdżamy samochodem w miejsce, gdzie samochodem się nie wjeżdża, no chyba, że jest się pracownikiem schroniska. TEGO schroniska. A tu jak w domu. Rydze na kolacje. Wymarzone. Marynowane, w zalewie octowej, z cebulką i marchewką. Drugie zaś zupełnie inne. W czerwonym sosie pomidorowym, z papryką, na ostro. Mam teraz kilka słoików na wynos, po znajomości. Ostatnio jakoś tak mam do nich, do tych rydzów, szczęście. Moja Mama Ukochana przywiozła sporą ilość z Podkarpacia. Przez trzy dni jadłem bez opamiętania. Przyjeżdżam w Tatry, a tu porcja wybitnych czeka na mnie, marynowanych i tych takich w pikantnych pomidorach. Przepyszność.

Rano pobudka. Rydze aby zjeść, najpierw trzeba… nazbierać. Na grzybobraniu nie byłem od dobrych dwudziestu lat, a rzeczywiście to pewnie jeszcze to tej dwudziestki trzeba by dodać lekką górkę. Zaparkowaliśmy gdzieś poza granicami parku, poszliśmy w głąb lasu. Widok na Tatry obłędny, wschodzące słońce, jesienne listowie, rudawe, czerwonawe i w pomarańcz wpadające. Dwa razy wpadłem w błocko po kostki, ale szybko się błoto z butów wytarło w trawach. Zebraliśmy sześć wiader! Ja, przysięgam, że jedno całe. Ale najwięcej i tak rosło zaraz koło samochodu, o czym oczywiście przekonaliśmy się już wracając z „rydzokosów”.

Zośka to szatan, nie grzybiarz. Ona sama nazbierała 3,5 wiadra, półtora nakosił Janusz. Coś niesamowitego. Widziałem, że na fejsbuku ludziska meldowali z lasów wszelakich, iglastych, liściastych i mieszanych, chwalili, że grzybobranie w rekordowym rozmiarze. Ale że ja na grzybach mam na kolanach po krzunach śmigać? W głowie mi się nie mieściło. Dalszą część dnia spędziliśmy na rozmowach, wspominkach. Coś jest na rzeczy. Tak długie wywiady muszą poskutkować czymś naprawdę fajnym! Obiecuję!

Drugiego dnia nie wytrzymaliśmy i ruszyliśmy na spacer. Kierunek Dolina Pięciu Stawów Polskich. Czas marszu znaki nawigacyjne szacują na dwie godziny z hakiem. My dotarliśmy po godzinie i 45 minutach. Podczas podejścia spotkaliśmy zmęczonych nocną wyprawą ratunkową TOPR-owców z Kubą Poburką (tak, tak, tym co z nim byliśmy pod K2). Spotkanie pełne serdeczności. Kuba to ratownik, świetny wspinacz, bardzo, bardzo szybki w górach. Janusz twierdzi, że bardzo perspektywiczny jeśli chodzi o wyprawy w góry wysokie. Na zboczach K2 ustanowił swój osobisty rekord życiowy – 6700 m. Janusz twierdzi, że gdyby Kuba miał godnego siebie partnera, na pewno odbiłoby się to na niesamowitych przejściach w trudnych ścianach, a nawet jeśli chodzi o himalaizm. Nade wszystko to super wyszkolony, odpowiedzialny (przeprowadził mnie przez Grań Cosmique na Aguille du Midi), przy okazji skory do śmiechu kompan. Ciekawym, jak rozwinie się kariera Kuby. Trzymam kciuki z wielkiej mocy.

W „Piątce” wypiliśmy herbatę kwaśną, kolejny wywiad, kolejne wspominki, teorie i wizje. Ruszamy w stronę Morskiego Oka, czyli w stronę Doliny Rybiego Potoku. Janusz opowiada piękne historie na temat Tatr. Praktycznie gdzie nie spojrzy, coś jest do narysowania opowieścią. Świetna sprawa, bo od kilku sezonów odkrywa skitouring, i tu możemy gadać i gadać, bo to dziedzina narciarstwa, która mnie inspiruje mocno. Mimo że uparcie twierdzi, że jeździ słabo na nartach, w chwili gdy pokazuje mi żleby którymi zjechał, przekonuję się, że to rodzaj kokieterii. Oczywiście mając wśród najbliższych kompanów zjazdów tak wybitnych narciarzy jak Stefan Krupa (gazduje na Starej Roztoce) czy tez Jędrek Bargiel, wszyscy jeżdżą przy nich po prostu słabiutko. Spod „Piątki” możemy iść albo przez Szpiglasową Przełęcz, albo przez Świstówkę. Wybieramy Świstówkę, bo Janusz nie zna tego szlaku. Nigdy nim nie szedł. Trochę mnie to dziwi, ale w pozytywnym znaczeniu. Jest on zamykany na zimę, ponieważ przecina w górnej partii Żleb Żandarmerii. W dole widzimy niską roślinność nieśmiało wyrastającą w obszarze lawinisk. Bardzo niebezpieczne miejsce (zimą!). Na zejściu Janusz Gołąb spotyka swoich fanów, którzy rozpoznają Go, fotografują się, pytają, życzą powodzenia Zimą na K2. Bardzo to miłe. O robienie zdjęć jestem proszony ja. Człowiek statyw, hehe. Mega przyjemny postój na zwieńczenie wycieczki górskiej w schronisku nad Morskim Okiem. Coś mi w duszy gra, kiedy tam stoję. W Warszawie też mamy Morskie Oko. Mieszkam 300 metrów od tego jeziorka.

Najbardziej jednak elektryzuje mnie Kazalnica Mięguszowiecka. Genialna ściana. Zaczynam rozumieć dlaczego wspinacze nazywają ją Zerwą. Jakby ktoś gigantycznymi zębiskami ciachnął kawałek skały pozostawiając pionową ścianę, kultową w środowisku wspinaczkowym. Ludzie zapewne zerkają stąd na Rysy, które przecinają dwie… rysy i pojmują skąd nazwa tego szczytu. Ech, chciałoby się to wszystko wiedzieć, te historie, oficjalne i te bardziej ukryte, figlarne, kudłate, skrajne. Ponoć tylko barierka „Moka” zna wszystkie historie, wie kto co zrobił, czego dokonał w górach. Jeśli chodzi o wspinanie mam dobre trzydzieści lat zaległości w temacie, o czym po raz kolejny przekonam się już następnego dnia. Na szczęście, mam swoją dziedzinę, domenę i udaje mi się wydobyć od Janusza anegdotki. Będzie z czego się pośmiać. Kolejna obiecanka-cacanka.

Czwartek rozpoczynamy pysznym śniadaniem. Zresztą w Starej Roztoce nie jadłem jeszcze niczego, co nie byłoby pyszne. Zośka i Ciotki są mistrzyniami świata i kropka. Stara Roztoka dziś nieco na uboczu, poza głównymi szlakami. Trzeba kilka minut zejść od drogi do Morskiego Oka, tam gdzie odchodzi szlak do Doliny Pięciu Stawów. Zejść łatwo, po obiedzie podejść jest już ciężej. Każdy strzał w potrawę z jadłospisu, to strzał w dziesiątkę. Chciałby tu zrobić galerię zdjęć potraw, lecz problem się pojawia na bieżąco. Zanim sięgnę po aparat, po daniu pozostaje tylko wylizany do białości talerz. Kwaśnica i inne zupy obłędne. Uwaga, czosnkowa sprzyja celibatowi. Drugie dania równie wyborne, szykowane na miejscu, pierogi lepione, ciasta pieczone…

Kiedy po śniadaniu pozostaje tylko wspomnienie siadamy przed schroniskiem, pod jabłonką. Słońce przyjemnie grzeje. Pijemy herbatę i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy, a dyktafon nagrywa i jest bardzo cierpliwy. O 1400 decyzja z wczorajszego wieczora wchodzi w życie. Miało być tak, gadamy, gadamy, po czym ruszamy na Mnicha. Nieopatrznie siedząc pod ową barierką w „Moku” wyznałem, że kiedyś sobie wymarzyłem, że stanę na tym kosmicznym stożku. Od słowa do czynu w przypadku Janusza dystans jest minimalny. Do Morskiego Oka docieramy po godzinie szybkiego marszu. Tuż za pętlą, przy tym kuriozalnym punkcie gastronomicznym, skręcamy w prawo. Las mocno przerzedzony kornikiem, zawalone drzewa. Ścieżka wije się w zieleni, wykroty, korzenie, połamane pnie i dróżka też pnie się ku górze. W końcu docieramy do „Taboru”. To pole namiotowe okupowane przez taterników (teraz, od początku rykowiska opustoszałe). Namioty rozbija się na drewnianych platformach. Mam w zanadrzu wiele historii z tego miejsca, ale przyjdzie na nie pora. Już niedługo. Teraz tylko przelatujemy przez Szałasiska jak burza, by gnać dalej w stronę wymarzonego Mnicha. Czytam tylko w przelocie ostrzeżenia o zagrożeniu związanym z wizytami misiów i że żmije też stanowią zagrożenie i że na Mnicha idzie się dwie godziny. Gnam w samej koszulce, się pocę, idziemy szybko. Z góry schodzą setki osób. Od początkuk marszu mijamy pewnie z pięć takich stek, albo więcej, albo może trochę mniej. Tuż przed „Mokiem” skręcamy w prawo, na szlak. Pniemy się w górę tak zwaną ceprostradą. Ponoć to pierwsza taka droga, najwyższy tego rodzaju szlak, aby paniusie w sukniach i falbanach sto lat temu mogły sobie wyjść w wysokie góry. Szlak prowadzi na Szpiglasową Przełęcz. My z niego w pewnym momencie skręcamy i udajemy się na „zaplecze” Mnicha. Zbliżamy się pod ten niesamowity kształt. Boję się strasznie. Z dużym rozbawieniem słucham opowieści o przypadkowych ludziach, którzy trafiają tutaj na ten najłatwiejszy wariant dotarcia na Mnicha, o trzygodzinnej kolejce aby w ogóle wejść w drogę.

(Ja do tego dorzucam papierzaki na szlaku, akurat nie tym pod Mnicha, ale na wczorajszą Świstówkę. Kurde, jak można się zesrać na szlaku! Nie rozumiem i gardzę! Wiem, że może przycisnąć, ale srać na szlak?)

Podchodzę zatem w stresie, że będę taki jak ta paniusia, co zablokowała wyciąg na półtorej godziny, że się spietram, nie dam rady, Janusz będzie musiał mnie wciągać, a na koniec ze strachu polecę gdzieś na szlak nasrać. Dzięki mojemu Przewodnikowi udaje mi się zachować spokój. W newralgicznych momentach stoi blisko mnie, mówi, instruuje. Choć niemal do ostatniego momentu podchodzimy „na żywca” i boję się sakramencko. To najłatwiejsza droga, lecz są momenty że wyobraźnia naprawdę galopuje, po czym w pełnym pędzie staje dęba i rzuca się w trzystumetrową przepaść. W takich chwilach pozostaje nadrzędna myśl, przecież ten facet nie przyszedł tu ze mną, abym sobie zrobił krzywdę. Tu ma być fajnie. Mijamy po drodze kibica Legii. Zagaduje o moją buffkę w barwach. Potem zadaje szereg pytań. Janusz odpowiada z godną podziwu cierpliwością, mówi że wejdzie na szczyt bez asekuracji. Gość mu odradza. Nie wiem z kim mówi. Zakładamy w końcu uprzęże. Zachód słońca, na który tak się spieszyliśmy wydaje się bardzo odległy. Słońce wysoko, choć zegarek wskazywał godzinę zachodu na za 40 minut. Gołąb idzie pierwszy. Śledzę dokładnie każdy Jego ruch, abym chwilę później poszedł tą samą trasą. Wszystko wydaje się proste. Jaką on ma lekkość ruchów! Dwa trudniejsze momenty, na które zwraca uwagę, pokazuje i tłumaczy jak je pokonać. Puentuje to: „masz się tu po prostu wgirglać i tyle”. Zanim zdążyłem się obejrzeć na chylące się, jeszcze blado żółte słońce, Janusz już z góry mówi, że zmieni tylko buty (z wspinaczkowych) i już za chwilę mam startować. Wybiera linę. Jak się tylko napnie, mam ruszyć. Nie marudzę. Idę. Samo podejście, przyznaję, łatwe. W owych dwóch momentach delikatna ekwilibrystyka i już, już jestem coraz bliżej tego głazu na wierzchołku. Janusz podrzuca wskazówki, teraz trawers, teraz trochę w lewo, mocno na nogach, ręce tylko pomagają. Myk i jestem na samej górze. Nie odważam się stanąć nogach, od razu wpinam się w punkt asekuracyjny i sobie siedzę. Rozglądam się, szyja boli, bo dupa przyspawana do granitu.

– Jezusicku, jak tu piknie! Muszę zrobić zdjęcie! – mówię i sięgam do kieszeni po komórę.

– A ja muszę zjeść kanapkę – odpowiedział Gołąb. Zrobiło mi się trochę wstyd, ale zdjęcie mam i to niejedno. Po pół godzinie zrobiło się tak sakramencko zimno, że jednak postanowiliśmy się ewakuować. Tego się bałem. Zjazd powoduje we mnie straszny lęk. To trochę jak kotu łatwiej wdrapać się na drzewo, niż z niego zleźć. Tak ze mną właśnie jest. W dół mieliśmy tylko dwa zjazdy. Dałem radę, ale co się bałem by nie popuścić w galoty, to moje. Janusz wspomniał, że jak już weszli na Niedźwiedziego Zęba na Alasce (kosmiczne przejście), to zjeżdżali półtora dnia – 52 wyciągi. Nie wyobrażam tego sobie nawet, ale praktyka robi swoje i potem zjazdy już zapewne nie takie straszne. Jedno z marzeń wspinaczkowym sprzed lat udało mi się zrealizować, za co bardzo dziękuję Januszowi, pośrednio zaś Zosi, Ani, Stefanowi i ciotkom za gościnę w Roztoce – schronisku zdecydowanie numer 1!

Podaję linkę do Schroniska PTTK W Dolinie Roztoki (mimo że schronisko to w Dolinie Roztoki się nie znajduje ;). Przez dwa miesiące wisiała w nim wystawa zdjęć Janusza Gołąba z wyprawy letniej na K2. Ostatnio wisieć przestała, ale zastąpiła ją inna (tusze tatrzańskie techniką japońską wykonane).

Na koniec jeszcze jedno. To arcyważne, ale skoro ktoś dobrnął do tego momentu, znaczy że odrobinę się interesuje tematem. Jeśli zamierzacie się wspinać, np. na Mnicha, wynajmijcie przewodnika albo namówcie znajomego taternika. Dla Waszego bezpieczeństwa. Serio.