Archive for the ‘QLTURWA’ Category

Poproszę o wykładnię

piątek, Marzec 30th, 2012

Przyznaję się. Czasem kukam na ściany, plakaty, wlepki… Już tak mam i chyba wspominałem o tym tutaj. Będąc na obczyźnie niedawno udało mi się jednorącz sfotografować taki oto obrazek na ścianie. Sztuka to? Jeśli ktoś może pomoże mi zrozumieć o co chodzi z chęcią przyjmę to do swego egzegetycznego arsenału.

finger

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Kielich Pejsers

czwartek, Marzec 29th, 2012

Mateuchu Ślimaku,
ponieważ wiem, że stałeś się Wiernym Czytelnikiem Zony Urbany, zapytowuję Cię ja, czy pamiętasz kiedy dostałem od Ciebie ten oto kielich? Jakoś tak mnie natchnęło po wieczornym tatarze kolacyjnym, iż musiałem go przepchać wódką czystą w ilości niewielkiej jakby się zdawało, lecz kielich Pejsersów (czy nazwa pochodzi od pejsów???) jest większy niżby się mogło wydawać. A może mi się tylko wydaje i w okolicznościach przyrody bieżących forma mi na wiosnę spadła? Co, prawdę rzekłszy, nastroiłoby mnie melancholijnie do końca samego Wielkiego Postu. Przyznam Ci się, Mateuchu, że ciężko mi w ten post ograniczać się, pocieszam się jednak, że już w Wielką Niedzielę prześledzę skrupulatnie Piekło Północy. A wtedy postanowienia noworoczne wejdą w życie piorunem.

pacers

Salobreña

czwartek, Marzec 29th, 2012

salmonetki-i-sardynki

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

jezus

Tak mi się wydaje, że powyższa fota może wyjaśnić wiele, jeśli nie wszystko. To mój klimat. Do restauracji El Penon dotarliśmy już na sam wieczór, po świetnym widokowo i towarzysko spacerze wzdłuż wybrzeża. Z oddali widzieliśmy arabskie zamczysko, które robiło się coraz to i większe. W końcu wspięliśmy się na nie wśród bieli uliczek, ciszy zaułków i świetnych historii opowiadanych piękną angielszczyzną przez Juana Miguela – z biura turystyki Salobrenii, który wcielił się w rolę naszego przewodnika. Ognisko zostało zaimprowizowane i do końca życia chyba będę żałował, że nie zjedliśmy tych sardynek i salmonetek. Swoją drogą, niesamowita jest historia Granady, która przechodziła z rąk islamskich w chrześcijańskie i na odwrót. Teraz jest chrześcijańska i da Bóg, że taka już pozostanie do Końca Świata. Dodam jeszcze, że zamczysko wyrasta ze skały i wznosi się na 100 m ponad poziom morza, a znajduje się w odległości kilkuset metrów od morza. Ta skała jest po prostu imponująca. Zresztą ta knajpka, którą nawiedziliśmy pod wieczór, też nazywa się “skała” choć chyba nie o tę skałę chodzi z zamkiem, tylko o tę na której mieści się knajpa. Ponoć jak kuje wiatrem z Zachodu, woda wlewa się przez okna. Dlatego zamyka się wtedy specjalnym systemem szyby. W takie dni obłożenie jest największe…

Na poniższym zdjęciu znalazł się rudy i wredny, a w tle, można wytężyć wzrok i dostrzec i miasto i skałę. Miasto jest naprawdę białe. Nawet istnieje lokalny przepis mówiący o obowiązku malowania budynków na biało i kropka. Rudego spotkaliśmy podczas owego spaceru, który w planie miał trwać pół godziny, a w rzeczywistości trwał znacznie dłużej. I chwała mu za to! Pięknie było. Po drodze spotkaliśmy nie tylko rudego, ale i rufia – osła, co to się pasł na sznurku. Zaraz, zaraz… Potem był jeszcze jeden osioł i nawet na nas ryczał w swoim oślim języku.

rudy

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Salobreña jest takim miejscem, do którego chce się wrócić. W otoczeniu najbliższym wzgórza pełne sadów, w góry wysokie na blisko 3,5 km godzina, może półtorej jazdy. Klimat subtropikalny i jakiś taki pożądany spokój panujący… Może wynika ze świadomości, że historia toczyła się tutaj już sześć tysięcy lat temu?

Z dobrych informacji, już prawie, prawie zbliżam się do Sierra Nevada. Wcześniej jednak historia o wycieczce do Granady, którą objechaliśmy na segway-ach. Pojazd, któremu dotąd nie ufałem (głównie za sprawą pierwszych moich prób oraz faktu, że zabił się na nim gość, który go wymyślił). Okazało się jednak, że segway daje się okiełznać i nawet można się na nim nie wywalić przez dobre 2,5 godziny jazdy po stromych uliczkach i ostrych zakrętach! Ale o tym już  w najbliższej przyszłości. Dobranoc mój dzienniczku.

Używki jakich nie ma

sobota, Marzec 24th, 2012

W tej  chwili nie poważę się na deklamowanie listy okazów z arboretum okolicznego. Ważnym jest, że w sadzie spotkaliśmy Marleja. Marlej wypuścił się ostatnio na lumpy, trzy dni szalał, po czym wrócił wychudzony. Oto bobmarlej:

marlej

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Sympatyczna bestia. Mała ciałem, wielka duchem. Finca San Ramon to jedno z gospodarstw okolicznych w tym subtropikalnym regionie. Papaje, banany, mango, awokado i chirimoye… Pełna egzotyka. Te ostatnie szczególnie: słodkie, soczyste, słodkie. Mam kilka pestek, może uda się wyhodować ;) . Tutejszy klimat wynika z bliskości ciepłego morza. Od powietrza kontynentalnego dolina oddzielona jest pasmem Sierra Nevada, a więc latem nie panują tu skrajne upały. Również zima nie jest tak ostra, jakby mogła pewnie być. +8 to przymrozek, który może uśmiercić niektóre drzewa. Po plantacji oprowadzał nas Ramon, choć nie wiem czy on taki święty. Przemiły jegomość. Nawet ma swoje ule. Bez pszczół, jak wiadomo, się nie da. Miód z drzew awokado – przepyszny, choć nie bezcenny. 5 euro. A teraz zdjęcie, bo na koniec zwiedzania czekał nas poczęstunek. I to jaki! Nawet red. Krzysztofowi Burnetce smakował banan, choć ich nie lubi. Ten bowiem był bardziej pękaty niż te “polskie” i prosty. Ciekawe, który z 15 pracowników Ramona zajmuje się prostowaniem tych bananów?

kosz

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

A tak wygląda chirimoya:

chirimoya

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Na życie przez palce patrząc

niedziela, Marzec 18th, 2012

gu-przez-palce

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Drugi dzień pięknej wiosny. Kawka i lody w Grzybku. My z Majówką, Mistrzem, Misią i Borysem. W Grzybku, co teraz się zwie jakoś tak “u czarownicy” czy jakoś tak, można zjeść słodki na maksa deser z lodów czekalodowych i orzechowych z litrem bitej śmietany, wypić piwo Staryj Miel’nik, kawę kapucyno oraz brązowo-zieloną ciecz dla jednych mdłą, dla innych orzeźwiającą. Z koloru wnioskując – ohydną. Dla dzieci był zestaw do puszczania bąbli. Guciowi się podobało na maksa! Podam jeszcze cenę pod rozwagę: szarlotka + kapucyno + piwo = 28 zł. Niemało więc, jak mi się zdaje. Ale może za te bąble było warto.

bombelki

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Piękny to był dzień, choć leniwy na maksa. Choć zapewne tak miało być. Co ciekawe, nad Stawikiem (Moja Mama twierdzi, że w Jej dzieciństwie Stawik nazywany był “Prymcią”) chłopaki linoskoczki rozpięli slack-line’a i uprawiali  spacery tam i z powrotem. W tle Grzybek. W dole lód.

slackline

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Konfrontacja z glizdą

niedziela, Marzec 18th, 2012

Nie przypuszczałem nigdy, że będę miał tak wielką frajdę z prac ogrodniczych. Staramy się zrekultywować ogródek pod moimi oknami. Moja frajda to nic, w porównaniu z frajdą Syna Mego Gustawa, który po raz pierwszy w życiu dziś zwiedzał świat. Samodzielnie, na własnych nogach. Zresztą dziś miał niesamowity dzień. O poranku wrócił z buta ze sklepu, a potem ten ogródek. Poznał kilka ślimaków i kilka glizd. Konfrontacja z jedną z nich została uwieczniona przez Majówkę Żonę Moją:

konfrontacja-z-glizda

(FOT. MAJA URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Drugie zdjęcie jakoś tak mnie urzeka osobiście. Gucio, Bunia i ja. W akcji.

grasowanie-w-ogrodku

(FOT. MAJA URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Narty w Hiszpanii? Proszę…

piątek, Marzec 16th, 2012

Granada Mam gorącą nadzieję, że lada dzień obudzę się z takim właśnie widokiem za oknem. Jak to? Takto. Wybieram się w środę do Hiszpanii na narty i sam nie mogę w go uwierzyć. Cieszę się jak dziecko. Prawie tak bardzo jak z piątkowego derby Warszawy i pójścia na Żyletę po zimowej przerwie… Nie byłbym sobą, gdybym nie zerknął do wikipedii: Najwyższy szczyt, Mulhacén (3478 m n.p.m.) jest również najwyższym szczytem Półwyspu Iberyjskiego i europejskiej części Hiszpanii. Pod jego wierzchołkiem znajdują się najdalej na południe w Europie położone ślady plejstoceńskiego zlododowacenia. W górach jest mało wody…

To jedno jest pewne, że do kaca nie będzie można w żaden sposób dopuścić! Ale ostatnie zdanie trochę lękiem napawa, gdyż od razu przestraszyłem się, że mało śniega też tam jest. Jednak wysoko tam bardzo , więc śniega będzie fpip, miejmy nadzieję. Zapowiadam jednocześnie, że będę się produkował w tematyce narciarskiej na blogu skifighters.pl podczas wyjazdu. Zamierzam nie mieć tajemnic.

aproto Hiszpanii dziś odwiedziłem ja Kino Muranów, w którym to nastąpił premierowy pokaz 12. Tygodnia Kina Hiszpańskiego. Tak to już po raz dwunasty! Obejrzelim film zacny. Niby film akcji, ale z pewną taką zadumą i drugim tłem. Strzelanka filozoficzna, rzekłbym. Fabuła jest następująca. Gościu pociąga z gąsiora, a w zasadzie mógłby wypić morze rumu, gdyby mu tylko nalali. Refleksyjny typ, ale dziewczyny to by zapiszczały. Szczególnie pewna pani prokurator. Pewnie gdyby nie przydupas pewien ryży, to nie odpuściłaby mu wcale. No i ten glina karateka najpierw znalazł się w nieodpowiednim czasie w nieodpowiednim miejscu, no chyba że to planował, ale trudno o taki wniosek, a potem stan nieodpowiedniego czasu i miejsca utrzymywał się aż do końca. No bo chcąc zatrzeć ślady po tym jak na rozrabiał napatoczył się na jakiś złamasów terrorystów islamskich, co to chcieli pół Madrytu w proch i pył zamienić przy pomocy jakichś ładunków mocno wybuchowych ukrytych w gaśnicach. Nasz gliniarz karateka z przeszłością niczym się nie łamał. Nawet jak mu kosę w nerę ożenili to się sam pospawał. Potem kilka kos jeszcze przyjął, ale najpierw rozstrzelał wszystkich złamasów terrorystów islamskich. Oto jeden z fotosów z filmu. Mam go z zasobów www.manana.pl. Na tej stronie więcej informacji jeszcze nt. filmu tego, jak i całego festiwalu/przeglądu.

NIE-ZAZNA-SPOKOJU-KTO-PRZEKLETY (fot. manana.pl)

(fot. manana.pl)

Tygodnie Kina Hiszpańskiego mają to do siebie, że filmów jest całe zatrzęsienie i nie sposób wszystko obejrzeć. To fakt. Dlatego może uda mi się zachęcić Was do wybrania się do kina hiszpańskiego albo i na narty do Sierra Nevada na przykład przy pomocy poniższych kadrów. Coś w nich ujmującego jest, prawdaż?

ZYCIE-TO-JEST-TO (fot. manana.pl)

(fot. manana.pl)

Zdjęcie to nieco przyciąłem, bo leżał na nim jakiś jeszcze ledwo żywy typek. Ale babka przednia, co? Występuje w nowym filmie Manany, co to dopiero w kwietniu będzie w kinach… Tego samego gościa (o nazwisku Iglesia, co znaczy kościół jak mnie uczono onegdaj) co nakręcił Hiszpański Cyrk, który ty oglądałem z zaparciem tchu przed rokiem w tym samym miejscu o tej samej porze. Wygrzebałem z serwera jeszcze dwie psychodeliczne foty. Ich już komentować nie będę, bo chyba wszystko jest oczywiste. Film się nazywa “koniec ziemi” w wolnym tłumaczeniu.

FINISTERRAE (fot. manana.pl)

(fot. manana.pl)

FINISTERRAE (fot. manana.pl)

(fot. manana.pl)

Ach! Bo zapomniawszy podać tytułu filmu o gliniarzu karatece z Madrytu nie podałem jego tytułu. Podaję więc teraz. Brzmi on: Nie zazna spokoju, kto przeklęty! Polecando!

wiosna idzie

wtorek, Marzec 13th, 2012

Gucio dziś śmigał po mieszkaniu naguśki. Tylko okulary przeciwsłoneczne z dumą nosił. Potem łaskawie zgodził się na szlafrok. Z akcentem na “łaskawie”. A więc zestaw: gołe nogi, szlafrok i sanglasy… Wiosna idzie!

zostawszy ogrodnikiem

poniedziałek, Marzec 12th, 2012

Wpadłem w ogrodniczy szał. Mamy taki kawałek ziemi pod balkonem. Pamiętam z dzieciństwa, że bawiłem się tam w najlepsze z sąsiadką Zuzią. A grusza wyrastająca z ziemi pięknie nam kwitła na wysokości balkonu i owoce można było zrywać. A jak potrzeba była i drzwi się zatrzasnęły samoczynnie, to można się było wspiąć. Mój Tata nawet się kiedyś wspiął, tylko się osunął i grawitacja bezwzględna opuściła go na porzeczki kolczaste i się trochę wziął i podrapał. Kiedyś nawet ślimaki pokroiłem scyzorykiem i dopadł mnie wyrzut sumienia przeokrutny, kiedy Tata Mój zapytał mnie, czy jak będziemy mieli pieska albo kotka, to też zamierzam je pokroić scyzorykiem? Scyzoryk był spadkiem po Wujku Henryku i był wykończony masą perłową. Mieliśmy potem i pieska i kotka, ale nikogo kosą nie wykończyłem.

Najwyżej siekierką albo sekatorem. Wczoraj w tym amoku. I nie “nikogo” tylko wegetujące pozimowo jeszcze krzaczory. Od dobrych kilku lat w ogródku panował busz. Nikt go nie pielęgnował, bo sąsiedzi z dołu z Zuzią na czele wyprowadzili się gdzieś, nie wiadomo gdzie. Daleko gdzieś. No, ale dokonałem pierwszej trzebieży. Sterta wykarczowanych krzaczorów powiększyła się dwukrotnie. Pograbilimy co nieco liście, bo taka 30-centymetrowa warstwa kilkuletnia spowodowała, że stworzyła się z tego niezła kompostownia. Ponieważ nienawykły jestem do działań tak zintensyfikowanych, okazało się, że dopadły mnie potężne zakwasy następnego dnia, że się ledwo poruszam. Mamy piękną dizajnerską motykę, widły też i sekator. Do tego jeszcze znalazłem taką łyżkę co to taka jak łom jest, tylko że krótka. Boję się ją brać bez rękawiczki, bo to może narzędzie zbrodni. Nie wiem co z nią zrobić, chociaż niezakrwawione znalazłem to coś.

Ponadto, wsłuchując się w Spiętego i jego Antyszanty, najszły mnie takie myśli. Otóż ponoć jest tak, iż prawdziwy chłop to musi syna spłodzić, drzewo posadzić i dom wybudować. Myślę, że ktoś kto ukuł to powiedzenie żył dawno dość, gdyż trąca ono anachronizmem znacznym. Z synem i drzewem problemu nie ma, lecz z domem się nie zanosi. Mamy mieszkanko, ale dom? Kurde, może to powiedzenie powinno brzmieć: prawdziwy chłop to musi i syna i drzewo i się w kredycie zajebać, zagrzebać pogrążyć. Inaczej tego nie widzę. Jest jeszcze opcja, że chłop prawdziwy, a choćby i szlachcicem był, to musi capić łyski, koniem i tytoniem. To też by trza było jakoś ominąć. Bo skąd tu tytoń i po co?

Staruch mówi

środa, Marzec 7th, 2012

Do poczytania polecam: wywiad ze Staruchem