
(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)

Tak mi się wydaje, że powyższa fota może wyjaśnić wiele, jeśli nie wszystko. To mój klimat. Do restauracji El Penon dotarliśmy już na sam wieczór, po świetnym widokowo i towarzysko spacerze wzdłuż wybrzeża. Z oddali widzieliśmy arabskie zamczysko, które robiło się coraz to i większe. W końcu wspięliśmy się na nie wśród bieli uliczek, ciszy zaułków i świetnych historii opowiadanych piękną angielszczyzną przez Juana Miguela – z biura turystyki Salobrenii, który wcielił się w rolę naszego przewodnika. Ognisko zostało zaimprowizowane i do końca życia chyba będę żałował, że nie zjedliśmy tych sardynek i salmonetek. Swoją drogą, niesamowita jest historia Granady, która przechodziła z rąk islamskich w chrześcijańskie i na odwrót. Teraz jest chrześcijańska i da Bóg, że taka już pozostanie do Końca Świata. Dodam jeszcze, że zamczysko wyrasta ze skały i wznosi się na 100 m ponad poziom morza, a znajduje się w odległości kilkuset metrów od morza. Ta skała jest po prostu imponująca. Zresztą ta knajpka, którą nawiedziliśmy pod wieczór, też nazywa się “skała” choć chyba nie o tę skałę chodzi z zamkiem, tylko o tę na której mieści się knajpa. Ponoć jak kuje wiatrem z Zachodu, woda wlewa się przez okna. Dlatego zamyka się wtedy specjalnym systemem szyby. W takie dni obłożenie jest największe…
Na poniższym zdjęciu znalazł się rudy i wredny, a w tle, można wytężyć wzrok i dostrzec i miasto i skałę. Miasto jest naprawdę białe. Nawet istnieje lokalny przepis mówiący o obowiązku malowania budynków na biało i kropka. Rudego spotkaliśmy podczas owego spaceru, który w planie miał trwać pół godziny, a w rzeczywistości trwał znacznie dłużej. I chwała mu za to! Pięknie było. Po drodze spotkaliśmy nie tylko rudego, ale i rufia – osła, co to się pasł na sznurku. Zaraz, zaraz… Potem był jeszcze jeden osioł i nawet na nas ryczał w swoim oślim języku.

(FOT. DARIUSZ URBANOWICZ/ZONAURBANA.PL)
Salobreña jest takim miejscem, do którego chce się wrócić. W otoczeniu najbliższym wzgórza pełne sadów, w góry wysokie na blisko 3,5 km godzina, może półtorej jazdy. Klimat subtropikalny i jakiś taki pożądany spokój panujący… Może wynika ze świadomości, że historia toczyła się tutaj już sześć tysięcy lat temu?
Z dobrych informacji, już prawie, prawie zbliżam się do Sierra Nevada. Wcześniej jednak historia o wycieczce do Granady, którą objechaliśmy na segway-ach. Pojazd, któremu dotąd nie ufałem (głównie za sprawą pierwszych moich prób oraz faktu, że zabił się na nim gość, który go wymyślił). Okazało się jednak, że segway daje się okiełznać i nawet można się na nim nie wywalić przez dobre 2,5 godziny jazdy po stromych uliczkach i ostrych zakrętach! Ale o tym już w najbliższej przyszłości. Dobranoc mój dzienniczku.