Wszystkie wpisy, których autorem jest Dariusz Urbanowicz

50-lecie SP 263

Dziś odbył się pierwszy akord obchodów półwiecza Szkoły Podstawowej nr 263. Podsumowanie sezonu sportowców z mojej starej szkoły. A trzeba im przyznać, że osiągnięciami imponują. UKS G8 Bielany Warszawa w klasyfikacjach małolatów wygrywa wiele klasyfikacji przede wszystkim w pływaniu i pięcioboju nowoczesnym, a także w biathlonie i taekwondo olimpijskim. Na czele szkoły stoi od lat dyrektor Jan Orłowski. W moich czasach był naszym nauczycielem wychowania fizycznego. Potem dość szybko został dyrektorem sportowym (mogę przekręcać brzmienie tej funkcji), a potem już dyrektorem całego zamieszania. Trzeba pamiętać, że nasz rocznik kończył podstawówkę w 1989 roku. Panu dyrektorowi zebrało się na wspominki w „mówię końcowej” dzisiejszej akademii i raczył nas nieco odmłodzić stwierdzeniem, że było to „z dwadzieścia lat temu”. Zatem Panie Dyrektorze, było to trochę dawniej.

Pozwolę sobie tutaj zebrać część naszej historii. Może się komuś przyda, może ktoś inny się uśmiechnie na wspomnienie i uroni łzę nad marnym losem człowieka wciśniętego w tryby machiny czasu…

W każdym roczniku były trzy klasy. A, B i C. C to pion klas sportowych. Do tych klasy ponoć były nabory (przed klasą IV). Ja miałem o tyle ułatwione zadanie, że pływałem bardzo dobrze (jak na dzieci, które uczyły się od czwartej klasy). Wręcz aby podtrzymać poziom wytrenowania musiałem chodzić na treningi z kadrą na Łazienkowską. Pływaliśmy pod okiem trenera Zbigniewa Pacelta w tej szklarni, w której kapały krople lodowatej wody na głowy i grzbiety. Do tego zdarzała się mgła na pływalni taka, że nie widać było na dziesięć metrów. Niewiele już pamiętam, ale majaczy mi się, że chodziliśmy prosto z treningów na mecze, jako zawodników żołnierze wpuszczali nas bezproblemowo na Żyletę. Potem jaraliśmy się przyśpiewkami i jazdą rozhuśtanymi autobusami. Te szkolne treningi pływackie (na basenie DW-Lotu przy ul. Lindego, co śmieszne tam teraz jest genialny obiekt i tam właśnie przeniosła się Szkoła Mistrzostwa Sportowego, czyli ogólniak który kończyłem) prowadziła pani Mirka Jakubowska. Młoda, ładna dziewczyna. Ponoć mieszka teraz w Zakopanem. Szermierkę mieliśmy z Pawłem Kikiewiczem – trenerem znanym pod ksywką „Kisiel” i z Oktawianem Sarną. Sporadycznie pojawiał się Sławomir Kopeć. Na konie jeździliśmy na Fort Bema raz w tygodniu, w piątki. Nie wiem, czy nie byliśmy jakoś podzieleni, że jeździło się co drugi tydzień… Pamiętam, że pierwsze kroki stawialiśmy na Herbie zwanym Gackiem, czyli pociągowym koniku polskim. To raczej była woltyżerka, gdzie każdy spadał po kilka razy podczas prób wsiadania. Rzucaliśmy w Herba grudkami ziemi aby brykał. Spadaliśmy jak ulęgałki, co bardzo nas śmieszyło. Nieśmiertelność 15/10. Pamiętam też konie Delikwenta, Dumkę, Dajkę, Juranda, Opla… Leciwy Opel ponoć wyłamywał (o czym miałem się przekonać trochę później) i wybił nawet jedynki starszemu koledze Krzysztofowi Tymendorfowi (ponoć został dzielnicowym gdzieś tam na rewirze). Strzelanie mieliśmy z trenerem Bartczakiem. Strzelaliśmy w szatni szkolnej, gdzie było kilka stanowisk do napiżania z broni śrutowej. Treningi z broni palnej mieliśmy już na Fortach Bema. Biegaliśmy z Oktawianem początkowo, bo pan dyrektor ani nasza wychowawczyni Mirka raczej biegiem długodystansowym się nie hańbili. Na każde wyjście ktoś dostawał smycz, a na jej końcu biegała Gaja. To wilczyca śp. pana Zbigniewa Kuciewicza. Pies zawsze pilnował osoby, która biegła ze smyczą w garści.

W naszym roczniku zdarzyło się kilku niezłych ananasów. Dziś obecny na uroczystości Igor Warabida to dwukrotny olimpijczyk (5. Atlanta 1996 oraz 15. Sydney 2000). Był mistrzem świata w sztafetach i drużynie. Generalnie cozagość. Mało kto w historii piecioboju ktokolwiek biegał tak szybko jak Igor. Dołączył do naszej klasie jakoś tak w czwartej klasie. Uciekał z Polonii pływackiej do pięciobojowej Legii. Igora nazywaliśmy Korkiem (z racji na niesamowitą pływalność) albo Kornikiem.
Z Konwiktorskiej uciekło jeszcze kilka osób. W tym ja, ale też znany socjolog i politolog dr hab. (o ile już nie profesor) Mikołaj Cześnik zwany Cześkiem, Szczurem albo Wodnikiem. Karierę sportową do dziś robi jego siostra Maria – wybitna triathlonistka. Ona zresztą również pływała na Polonii. Czesiek jest chyba jedynym naukowcem z naszego grona. Na Uniwersytecie Warszawskim obijała się też naukowo Inga Oleksiuk (zwana Pimpą), która dziś jest adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji w stopniu doktora. Ojciec Ingi był tłumaczem języka włoskiego.

Dziś przygotowano medal dla jeszcze jednej osoby, która niestety nie zaszczyciła starych murów obecnością. Bogusław Leśnodorski doszedł do nas w wakacje przed szóstą klasą. Ja już tam byłem od roku, nieco okrzepły, lecz wciąż nie miałem wspólnego języka ze znaczną częścią ludzi. Bodzio, jak na niego mówiliśmy, pojechał z nami na obóz jeździecki do Łącka. Trenowaliśmy dwa razy dziennie z dzisiejszym trenerem kadry pięciobojowej Andrzejem Żółkiewskim (aktorem, bratem naszego trenera Jana Żółkiewskiego) oraz Oktawianem Sarną. Tawi ściągnął mnie na pięciobój rok wcześniej, to syn znajomej Mojego Ojca. Uratował mnie przed dłuższym pobytem na Polonii.

 

Cdn.

Dni Gór w Świdnicy

Z cyklu byłem, widziałem. Główny organizator Piotr Snopczyński już w lipcu zaklepał sobie miejsce w moim kalendarzu. Tak długo opowiadał o swoim festiwalu w Świdnicy, że wyjścia nie było innego. Spędziliśmy wspaniały czas i to zarówno podczas arcyciekawych prelekcji jak i spędzając długie godziny na rozmowach kuluarowych.

XXI Dni Gór odbywają się w świdnickim klubie Bolko. W foyer zaprezentowane zostały zdjęcia z wyprawy #K2SkiChallenge, autorstwa głównie Piotrka Snopczyńskiego, ale były też fotki Marcina Kina i moje, a być może jeszcze kogoś ;).

W Świdnicy zabrakło kilku osób, ale wyprawa była godnie reprezentowana. Janusz Gołąb, Kuba Poburka, Piotr Snopczyński, Kamil Borowski, Szymon Rzankowski… Temat gorący i dominujący to Zimowa Wyprawa na K2, w której wezmą udział obecny w Świdnicy Krzysztof Wielicki, Janusz i Piotr (oraz wielu innych wspinaczy). Będzie się działo tej zimy!

Sytuacja z wczoraj

Jadę po Gucia, Dolną w górę. Jak zwykle na ostatnią chwilę. Zaczyna się podjazd, zbliżam się do pasów przy Ludnej. Nagle hamulec. Gość przede mną zatrzymuje się gwałtownie, dosłownie przez sekundę rozmawia ze staruszką o kulach. Rusza wymijając ją. Wyszła na środek pasa i próbowała łapać stopa. Zatrzymuję samochód, bo do mnie też macha. Chce podwózkę. 150 metrów, do tej żółtej kamienicy przy samej ulicy, tej z tak fajnym muralem, z jeleniem, czy czymś takim. Wsiada. Mówi, że przy tym wietrze nie może ustać na nogach, że wichura ją przewróciła i że już nie ma siły. Jedziemy kilka sekund, skręcam w podwórko na mikroparking, wysiada. Wcześniej chwali i mówi, że jest naprawdę stara. Mówi też, że kiedyś ludzie byli mili dla siebie. Mieli więcej czasu. Pomagali sobie. Szanowali się. Rzuciła jeszcze, że tarła ziemniaki z mamą, jak Powstańczy przychodzili. – Głodne były – powiedziała.

Jesienna Stara Roztoka

Poznaliśmy się na lotnisku, na Okęciu. Dzień wylotu ekipy Jędrka Bargiela do Islamabadu. Szaleństwo. Przepakowywanie bagaży, ważenie, po prostu odprawa celna, a leciało do Pakistanu sprzętu mnóstwo. Nie wszystko wszędzie można zmieścić, przełożyć, na szczęście obsługa uśmiechnięta i przychylna. Równolegle leci wyprawa Polskiego Związku Alpninizmu pod wodzą Jerzego Natkańskiego (znałem go, choć nie do końca świadomie, z biegów górskich organizowanych przez Team 360 Stopni w Starej Miłośnie i być może z rajdów przygodowych). To rekonesans. Zimą bowiem Polacy zamierzają atakować K2 – niezdobyty dotąd wierzchołek właśnie zimą. O czym przekonam się znacznie później, za sferę sportową ma odpowiadać Janusz Gołąb. Na lotnisku po prostu podajemy sobie rękę w pośpiechu. Ja mam lecieć tą samą drogą za dwa tygodnie. Niby ta sama, ale jakże inna wyprawa. W końcu Janusza już dokładniej poznaję w bazie pod Czogori. Bije od niego pewne dostojeństwo, spokój, równowaga. Niby wszyscy dzielimy ten sam los na lodowcu, ale widać, że Janusz ma pewną niezależność i nie chodzi wcale o wyniosłość, bo tego nie odczułem w żadnym aspekcie.

Dwa miesiące od powrotu z Karakorum Janusz czekał na mnie na dworcu kolejowym w Zakopanem. Nawet się zdziwiłem, że tam właśnie wysadza Szwagropol pasażerów, a nie na dworcu PKS. Podróż z przygodami, bo w Nowym Targu zdarzył się kocioł na dwururce. Autokar najpierw cofał dobry kilometr na wstecznym, potem zawijał w karkołomny sposób, ale dojechaliśmy ze spóźnieniem nie większym niż pół godziny. Dojazd do Starej Roztoki to sam w sobie totalny odlot. Ciemności, starodrzew, wjeżdżamy samochodem w miejsce, gdzie samochodem się nie wjeżdża, no chyba, że jest się pracownikiem schroniska. TEGO schroniska. A tu jak w domu. Rydze na kolacje. Wymarzone. Marynowane, w zalewie octowej, z cebulką i marchewką. Drugie zaś zupełnie inne. W czerwonym sosie pomidorowym, z papryką, na ostro. Mam teraz kilka słoików na wynos, po znajomości. Ostatnio jakoś tak mam do nich, do tych rydzów, szczęście. Moja Mama Ukochana przywiozła sporą ilość z Podkarpacia. Przez trzy dni jadłem bez opamiętania. Przyjeżdżam w Tatry, a tu porcja wybitnych czeka na mnie, marynowanych i tych takich w pikantnych pomidorach. Przepyszność.

Rano pobudka. Rydze aby zjeść, najpierw trzeba… nazbierać. Na grzybobraniu nie byłem od dobrych dwudziestu lat, a rzeczywiście to pewnie jeszcze to tej dwudziestki trzeba by dodać lekką górkę. Zaparkowaliśmy gdzieś poza granicami parku, poszliśmy w głąb lasu. Widok na Tatry obłędny, wschodzące słońce, jesienne listowie, rudawe, czerwonawe i w pomarańcz wpadające. Dwa razy wpadłem w błocko po kostki, ale szybko się błoto z butów wytarło w trawach. Zebraliśmy sześć wiader! Ja, przysięgam, że jedno całe. Ale najwięcej i tak rosło zaraz koło samochodu, o czym oczywiście przekonaliśmy się już wracając z „rydzokosów”.

Zośka to szatan, nie grzybiarz. Ona sama nazbierała 3,5 wiadra, półtora nakosił Janusz. Coś niesamowitego. Widziałem, że na fejsbuku ludziska meldowali z lasów wszelakich, iglastych, liściastych i mieszanych, chwalili, że grzybobranie w rekordowym rozmiarze. Ale że ja na grzybach mam na kolanach po krzunach śmigać? W głowie mi się nie mieściło. Dalszą część dnia spędziliśmy na rozmowach, wspominkach. Coś jest na rzeczy. Tak długie wywiady muszą poskutkować czymś naprawdę fajnym! Obiecuję!

Drugiego dnia nie wytrzymaliśmy i ruszyliśmy na spacer. Kierunek Dolina Pięciu Stawów Polskich. Czas marszu znaki nawigacyjne szacują na dwie godziny z hakiem. My dotarliśmy po godzinie i 45 minutach. Podczas podejścia spotkaliśmy zmęczonych nocną wyprawą ratunkową TOPR-owców z Kubą Poburką (tak, tak, tym co z nim byliśmy pod K2). Spotkanie pełne serdeczności. Kuba to ratownik, świetny wspinacz, bardzo, bardzo szybki w górach. Janusz twierdzi, że bardzo perspektywiczny jeśli chodzi o wyprawy w góry wysokie. Na zboczach K2 ustanowił swój osobisty rekord życiowy – 6700 m. Janusz twierdzi, że gdyby Kuba miał godnego siebie partnera, na pewno odbiłoby się to na niesamowitych przejściach w trudnych ścianach, a nawet jeśli chodzi o himalaizm. Nade wszystko to super wyszkolony, odpowiedzialny (przeprowadził mnie przez Grań Cosmique na Aguille du Midi), przy okazji skory do śmiechu kompan. Ciekawym, jak rozwinie się kariera Kuby. Trzymam kciuki z wielkiej mocy.

W „Piątce” wypiliśmy herbatę kwaśną, kolejny wywiad, kolejne wspominki, teorie i wizje. Ruszamy w stronę Morskiego Oka, czyli w stronę Doliny Rybiego Potoku. Janusz opowiada piękne historie na temat Tatr. Praktycznie gdzie nie spojrzy, coś jest do narysowania opowieścią. Świetna sprawa, bo od kilku sezonów odkrywa skitouring, i tu możemy gadać i gadać, bo to dziedzina narciarstwa, która mnie inspiruje mocno. Mimo że uparcie twierdzi, że jeździ słabo na nartach, w chwili gdy pokazuje mi żleby którymi zjechał, przekonuję się, że to rodzaj kokieterii. Oczywiście mając wśród najbliższych kompanów zjazdów tak wybitnych narciarzy jak Stefan Krupa (gazduje na Starej Roztoce) czy tez Jędrek Bargiel, wszyscy jeżdżą przy nich po prostu słabiutko. Spod „Piątki” możemy iść albo przez Szpiglasową Przełęcz, albo przez Świstówkę. Wybieramy Świstówkę, bo Janusz nie zna tego szlaku. Nigdy nim nie szedł. Trochę mnie to dziwi, ale w pozytywnym znaczeniu. Jest on zamykany na zimę, ponieważ przecina w górnej partii Żleb Żandarmerii. W dole widzimy niską roślinność nieśmiało wyrastającą w obszarze lawinisk. Bardzo niebezpieczne miejsce (zimą!). Na zejściu Janusz Gołąb spotyka swoich fanów, którzy rozpoznają Go, fotografują się, pytają, życzą powodzenia Zimą na K2. Bardzo to miłe. O robienie zdjęć jestem proszony ja. Człowiek statyw, hehe. Mega przyjemny postój na zwieńczenie wycieczki górskiej w schronisku nad Morskim Okiem. Coś mi w duszy gra, kiedy tam stoję. W Warszawie też mamy Morskie Oko. Mieszkam 300 metrów od tego jeziorka.

Najbardziej jednak elektryzuje mnie Kazalnica Mięguszowiecka. Genialna ściana. Zaczynam rozumieć dlaczego wspinacze nazywają ją Zerwą. Jakby ktoś gigantycznymi zębiskami ciachnął kawałek skały pozostawiając pionową ścianę, kultową w środowisku wspinaczkowym. Ludzie zapewne zerkają stąd na Rysy, które przecinają dwie… rysy i pojmują skąd nazwa tego szczytu. Ech, chciałoby się to wszystko wiedzieć, te historie, oficjalne i te bardziej ukryte, figlarne, kudłate, skrajne. Ponoć tylko barierka „Moka” zna wszystkie historie, wie kto co zrobił, czego dokonał w górach. Jeśli chodzi o wspinanie mam dobre trzydzieści lat zaległości w temacie, o czym po raz kolejny przekonam się już następnego dnia. Na szczęście, mam swoją dziedzinę, domenę i udaje mi się wydobyć od Janusza anegdotki. Będzie z czego się pośmiać. Kolejna obiecanka-cacanka.

Czwartek rozpoczynamy pysznym śniadaniem. Zresztą w Starej Roztoce nie jadłem jeszcze niczego, co nie byłoby pyszne. Zośka i Ciotki są mistrzyniami świata i kropka. Stara Roztoka dziś nieco na uboczu, poza głównymi szlakami. Trzeba kilka minut zejść od drogi do Morskiego Oka, tam gdzie odchodzi szlak do Doliny Pięciu Stawów. Zejść łatwo, po obiedzie podejść jest już ciężej. Każdy strzał w potrawę z jadłospisu, to strzał w dziesiątkę. Chciałby tu zrobić galerię zdjęć potraw, lecz problem się pojawia na bieżąco. Zanim sięgnę po aparat, po daniu pozostaje tylko wylizany do białości talerz. Kwaśnica i inne zupy obłędne. Uwaga, czosnkowa sprzyja celibatowi. Drugie dania równie wyborne, szykowane na miejscu, pierogi lepione, ciasta pieczone…

Kiedy po śniadaniu pozostaje tylko wspomnienie siadamy przed schroniskiem, pod jabłonką. Słońce przyjemnie grzeje. Pijemy herbatę i rozmawiamy, rozmawiamy, rozmawiamy, a dyktafon nagrywa i jest bardzo cierpliwy. O 1400 decyzja z wczorajszego wieczora wchodzi w życie. Miało być tak, gadamy, gadamy, po czym ruszamy na Mnicha. Nieopatrznie siedząc pod ową barierką w „Moku” wyznałem, że kiedyś sobie wymarzyłem, że stanę na tym kosmicznym stożku. Od słowa do czynu w przypadku Janusza dystans jest minimalny. Do Morskiego Oka docieramy po godzinie szybkiego marszu. Tuż za pętlą, przy tym kuriozalnym punkcie gastronomicznym, skręcamy w prawo. Las mocno przerzedzony kornikiem, zawalone drzewa. Ścieżka wije się w zieleni, wykroty, korzenie, połamane pnie i dróżka też pnie się ku górze. W końcu docieramy do „Taboru”. To pole namiotowe okupowane przez taterników (teraz, od początku rykowiska opustoszałe). Namioty rozbija się na drewnianych platformach. Mam w zanadrzu wiele historii z tego miejsca, ale przyjdzie na nie pora. Już niedługo. Teraz tylko przelatujemy przez Szałasiska jak burza, by gnać dalej w stronę wymarzonego Mnicha. Czytam tylko w przelocie ostrzeżenia o zagrożeniu związanym z wizytami misiów i że żmije też stanowią zagrożenie i że na Mnicha idzie się dwie godziny. Gnam w samej koszulce, się pocę, idziemy szybko. Z góry schodzą setki osób. Od początkuk marszu mijamy pewnie z pięć takich stek, albo więcej, albo może trochę mniej. Tuż przed „Mokiem” skręcamy w prawo, na szlak. Pniemy się w górę tak zwaną ceprostradą. Ponoć to pierwsza taka droga, najwyższy tego rodzaju szlak, aby paniusie w sukniach i falbanach sto lat temu mogły sobie wyjść w wysokie góry. Szlak prowadzi na Szpiglasową Przełęcz. My z niego w pewnym momencie skręcamy i udajemy się na „zaplecze” Mnicha. Zbliżamy się pod ten niesamowity kształt. Boję się strasznie. Z dużym rozbawieniem słucham opowieści o przypadkowych ludziach, którzy trafiają tutaj na ten najłatwiejszy wariant dotarcia na Mnicha, o trzygodzinnej kolejce aby w ogóle wejść w drogę.

(Ja do tego dorzucam papierzaki na szlaku, akurat nie tym pod Mnicha, ale na wczorajszą Świstówkę. Kurde, jak można się zesrać na szlaku! Nie rozumiem i gardzę! Wiem, że może przycisnąć, ale srać na szlak?)

Podchodzę zatem w stresie, że będę taki jak ta paniusia, co zablokowała wyciąg na półtorej godziny, że się spietram, nie dam rady, Janusz będzie musiał mnie wciągać, a na koniec ze strachu polecę gdzieś na szlak nasrać. Dzięki mojemu Przewodnikowi udaje mi się zachować spokój. W newralgicznych momentach stoi blisko mnie, mówi, instruuje. Choć niemal do ostatniego momentu podchodzimy „na żywca” i boję się sakramencko. To najłatwiejsza droga, lecz są momenty że wyobraźnia naprawdę galopuje, po czym w pełnym pędzie staje dęba i rzuca się w trzystumetrową przepaść. W takich chwilach pozostaje nadrzędna myśl, przecież ten facet nie przyszedł tu ze mną, abym sobie zrobił krzywdę. Tu ma być fajnie. Mijamy po drodze kibica Legii. Zagaduje o moją buffkę w barwach. Potem zadaje szereg pytań. Janusz odpowiada z godną podziwu cierpliwością, mówi że wejdzie na szczyt bez asekuracji. Gość mu odradza. Nie wiem z kim mówi. Zakładamy w końcu uprzęże. Zachód słońca, na który tak się spieszyliśmy wydaje się bardzo odległy. Słońce wysoko, choć zegarek wskazywał godzinę zachodu na za 40 minut. Gołąb idzie pierwszy. Śledzę dokładnie każdy Jego ruch, abym chwilę później poszedł tą samą trasą. Wszystko wydaje się proste. Jaką on ma lekkość ruchów! Dwa trudniejsze momenty, na które zwraca uwagę, pokazuje i tłumaczy jak je pokonać. Puentuje to: „masz się tu po prostu wgirglać i tyle”. Zanim zdążyłem się obejrzeć na chylące się, jeszcze blado żółte słońce, Janusz już z góry mówi, że zmieni tylko buty (z wspinaczkowych) i już za chwilę mam startować. Wybiera linę. Jak się tylko napnie, mam ruszyć. Nie marudzę. Idę. Samo podejście, przyznaję, łatwe. W owych dwóch momentach delikatna ekwilibrystyka i już, już jestem coraz bliżej tego głazu na wierzchołku. Janusz podrzuca wskazówki, teraz trawers, teraz trochę w lewo, mocno na nogach, ręce tylko pomagają. Myk i jestem na samej górze. Nie odważam się stanąć nogach, od razu wpinam się w punkt asekuracyjny i sobie siedzę. Rozglądam się, szyja boli, bo dupa przyspawana do granitu.

– Jezusicku, jak tu piknie! Muszę zrobić zdjęcie! – mówię i sięgam do kieszeni po komórę.

– A ja muszę zjeść kanapkę – odpowiedział Gołąb. Zrobiło mi się trochę wstyd, ale zdjęcie mam i to niejedno. Po pół godzinie zrobiło się tak sakramencko zimno, że jednak postanowiliśmy się ewakuować. Tego się bałem. Zjazd powoduje we mnie straszny lęk. To trochę jak kotu łatwiej wdrapać się na drzewo, niż z niego zleźć. Tak ze mną właśnie jest. W dół mieliśmy tylko dwa zjazdy. Dałem radę, ale co się bałem by nie popuścić w galoty, to moje. Janusz wspomniał, że jak już weszli na Niedźwiedziego Zęba na Alasce (kosmiczne przejście), to zjeżdżali półtora dnia – 52 wyciągi. Nie wyobrażam tego sobie nawet, ale praktyka robi swoje i potem zjazdy już zapewne nie takie straszne. Jedno z marzeń wspinaczkowym sprzed lat udało mi się zrealizować, za co bardzo dziękuję Januszowi, pośrednio zaś Zosi, Ani, Stefanowi i ciotkom za gościnę w Roztoce – schronisku zdecydowanie numer 1!

Podaję linkę do Schroniska PTTK W Dolinie Roztoki (mimo że schronisko to w Dolinie Roztoki się nie znajduje ;). Przez dwa miesiące wisiała w nim wystawa zdjęć Janusza Gołąba z wyprawy letniej na K2. Ostatnio wisieć przestała, ale zastąpiła ją inna (tusze tatrzańskie techniką japońską wykonane).

Na koniec jeszcze jedno. To arcyważne, ale skoro ktoś dobrnął do tego momentu, znaczy że odrobinę się interesuje tematem. Jeśli zamierzacie się wspinać, np. na Mnicha, wynajmijcie przewodnika albo namówcie znajomego taternika. Dla Waszego bezpieczeństwa. Serio.

Być jak Forest Gump

Życie bywa proste, mimo pozoru trudności, z jakimi przychodzi nam się mierzyć. Mówi się zresztą, proste rozwiązania są najlepsze. Może dlatego Polak potrafi? Podobnie z bieganiem rzecz się ma. Niektórym nie wychodzi i tyle. Urzeka tytułowy Gump postanowieniem, które powziął pewnego dnia. Zaczął biec i tak biegł kilka lat. Potem nagle przestał, to tak. W międzyczasie padły z jego ust znamienne słowa „jak gdzieś szedłem to biegłem”. I tu trafiamy w sedno, a w zasadzie w jego zupełną odwrotność. Gdyż u mnie z bieganiem porobiło się tak, że mimo iż biegnę to idę. Chodzi mi tu o tempo w jakim się przemieszczam. No nie jestem w stanie przyspieszyć i kropka. Koniec. Tak też miało to miejsce w sobotę podczas amatorskich mistrzostw Polski na dystansie mili. Wziąłem udział trochę wbrew sobie. Strasznie mi się nie chciało, wiedziałem bowiem, że mój występ skończy się blamażem. Miejsce numer 225 dalekie jest od wywołania u mnie poczucia dumy, bo mam wiele wewnętrznych „ale”. Ale że stary jestem, ale że kulawy, ale że mało trenuję…

Faktycznie jak biegłem to szedłem. A dystans 1600 m ukończyłem w czasie 7:37.53. Dałem jakoś radę i w sumie chwalę to sobie. Gratuluję przy okazji wszystkim uczestnikom, szczególnie tym co mi dokopali. Największe jednak powinszowania kieruję do wszystkich, którzy jak ja zmobilizowali się do tego startu mimo woli. Wielka piona dla Tomka Smokowskiego i Jego małżonki Ady za organizację.

PS

Kurtka z pakietu startowego już przetestowana we wczorajszych deszczu strugach!

Pompawka Challenge 2017

Jako że tłuszcz spalać trzeba, a tryb prowadzę zgoła leżący, wymyśliłem dziś nowe wyzwanie. Zainspirował mnie kolega Jurek, z którym ćwiczyłem ostatnio na treningu judo.

Od dziś wprowadzam zasady:

Siku – 10 pompek.
Kupa – 20 pompek.
Zupa – 20 pompek + 20 przysiadów.
Obiad – 20 pompek + 40 przysiadów.

Tak mi dopomóż Bóg.

Słowo „pompawka” wymyślił Bliszek. Pompawka to pompka, w jego przekonaniu.

Legia MTB Marathon

Gucio znów się ścigał na rowerze. Tym razem na trasie Mini w Legia MTB Marathonie. Nominalnie trasa mini miała mierzyć 9,6 km (na rundzie 3,2 km), o czym zaświadcza poniższy skan wyciągu z regulaminu zawodów.

Na mecie okazało się, ze organizator zmienił długość rundy i dystans wyścigu. Zatem przejechaliśmy trzy rundy, co dało nam 12,6 km. Gucio umęczony i średnio szczęśliwy. Niby nie jedzie się po nagrody, ale… Na mecie żadnego dyplomu, o medalu nie wspominając. Włożył ogromny wysiłek w ten wyścig. To zawody MTB wiec na podium stają jedynie pierwsze trójki. Ja to rozumiem, Gutek trochę mniej.

Zadaniem specjalnym był ostatni podjazd na pętli. Zjazd za strony na umiejętności Gutka, a rower za ciężki by sobie dał radę… To była jedyna pomoc fizyczna na trasie z mojej strony – pomagałem Mu sprowadzić rower.

Uzupełnianie paliwa na mecie.

Gotowość przedstartowa.

W uznaniu zasług Gucio dostał nagrodę – historyczną koszulkę Teamu 360 Stopni.

Kolarska Legia świętuje w tym roku 88-lecie. Z tej okazji ślemy powinszowania serdeczne, od całej ekipy Urbanowiczów.

Wielka Warszawska 2017

Postanowiłem zabrać synów na Służewiec. Wielka  Warszawska to ważne wydarzenie w Stolicy, o czym zaświadczała frekwencja. Było tłoczno. Trochę kibiców z fasonem, w strojach mniej lub bardziej eleganckich, ale klimatycznych. Bliszków nie przebierałem, bo skoro już samego rana zdecydowali się na konkretne dresiwa, nie ingerowałem już w ich święty spokój. Tym bardziej że po wstępnym entuzjazmie najpierw z ochoty na wyjazd wycofał się Blisio, a potem Gucio. Ogólnie podobało się, szczególnie stare samochody, które zostały wystawione na wyścigach. Ja miałem pretekst aby ponawijać chłopcom trochę makaronu na uszy o koniach i kawalerii (świetna sprawa z pokazami!!!). Niestety co nieco kropiło i Wielkiej Warszawskiej prawie nie widzieliśmy, mimo że Bliszki stały na ławkach. Elegancko ubrane damy i dżętelmeny w obawie przed zmoczeniem fryzur i futer dziarsko unieśli parasole i… dupa. Nic nie widać, bo tłoczyli się przy barierce. Między gonitwami są długie przerwy, pół godziny a nawet godzina. Trudno takim malcom coś oczywistego wymyślić, by się nie nudzili.

Co to był za wyścig!

Do historycznego wydarzenia dziś doszło w Międzylesiu. Raduje się serce, raduje się dusza. Bliszki wystartowały bowiem w wyścigu kolarskim.

Najpierw Kajko. Około 1500 m po płaskich, trochę błotnistych, nieco piaszczystych duktach. Jechał dzielnie, jedna gleba. Na start dotarliśmy w chwili startu. Tutaj niestety trochę ja dałem plamy, bo poniosły mnie nieco emocje. Kiedy usłyszeliśmy wystrzał ruszyliśmy od razu, mimo że znajdowaliśmy się za stawką. Trochę dzieci na tuptupach zagubiło się w akcji. Ich ojcowie zatrzymywali się na środku by ich asekurować. Wymuszone postoje, brak płynności jazdy. Spora dawka chaosu, niepotrzebnego pośpiechu. Kiedy już się rozrzedziło udało nam się rozpędzić i sprawnie dojechać do mety. Przegoniliśmy trochę ludzi. Kajko szczęśliwy i dumny. Ja też. To był wyścig dla mikrusów – roczniki 2012 i młodsze.

W wyścigu głównym startował Gucio. Z ostatniego sektora – roczniki 2010/2012. Ustawiliśmy się za grupą zasadniczą. Miał liczyć się czas dziecka uruchomiony łączony w momencie przecięcia linii startu/mety a nie na wystrzał startera. Udało się jechać w miarę płynnie, choć na początku trochę walczyliśmy podczas wymijania, ale po chwili Gucio wyczuł o co chodzi i szło już jak z płatka.

Zaimponował mi ten chłopiec. Po raz pierwszy ścigał się na serio. W jakimś stopniu wyobrażałem sobie jak to może wyglądać. Widziałem Gucia w akcji na runmageddonie. Ta jego determinacja…

Dążył do celu mimo dyskomfortu. Ubrałem Go za ciepło. Zaparowały Mu okulary. Sapał i co chwilę wycierał gile w rękaw. W czasie jazdy tłumaczyłem Mu aby jechał szybko musi czuć ciągle zmęczenie, że kiedy widzi kogoś przed sobą musi starać się go dogonić, potem chwilę odpocząć „na kole”, następnie wybrać stronę i rywala wyprzedzić. Dogonić kolejnego. Nie wiem ilu wyprzedził. Nie sprawdzałem wyników. Nie wiozłem Gucia na swoim kole. Pędził sam, własnym tempem. Spoczęliśmy na dyplomach i medalach za udział, pizzy i litrze pepsi na trzech.

Mój starszy syn jest wielkim sportowcem. Niewyobrażalnie wielkim, choć jeszcze malutkim. Od tygodnia walczył z tremą przed dzisiejszym startem. Poradził sobie, choć od rana był blady ze strachu. Dał radę, jak to się mówi. Nie wiem co z tego wyniknie. Cieszę się, bo Gucio świetnie broni się intelektualnie przed wywieraną przeze mnie sportową presją. Chce być piłkarzem Legii, malarzem, podróżnikiem i od niedawna architektem. Myślę, że wpajając mu sport próbuję, dla samemu sobie budować platformę do porozumienia z synami w przyszłości. Zatem co z tego wyniknie?

PS

Nie wytrzymałem i sprawdziłem wyniki następnego dnia… 😈