Radio Weszlo.fm

Taki dziś dzień, że zostało ogłoszone urbi et orbi: współtworzę radio sportowe! Weszlo.com to jeden z najmocniejszych portali sportowych w kraju. Fakt, głównie piłkarska tematyka, ale pojawiają się również treści zgoła niefutbolowe. Dowód? Proszę KLIKNĄĆ TU – to prowadzi do moich felietonów z wyprawy #K2SkiChallenge. Pisałem je podczas ekspedycji do Pakistanu Jędrka Bargiela (planował zjechać na nartach z K2).

Nie będę się zbytnio rozpisywał tutaj, bo wiele się w tym okresie kształtuje. Plan jest taki, by nadawać o sporcie 24h/dobę siedem dni w tygodniu. Marzenie się spełnia właśnie. Odpalimy je 9 lutego, w czasie igrzysk olimpijskich, z początkiem piłkarskiej wiosny.

Mam takie szczęście, że zawodowo robię rzeczy, które naprawdę kocham. Pracowałem w Przeglądzie Sportowym traktując to jako pracę marzeń. Tam zostałem etatowym dziennikarzem i wsiąkłem w ten zawód na dobre. Sprawozdawałem największego imprezy sportowe (w ramach zainteresowań, przysięgam naprawdę z rzadka zajmowałem się tematami, które mnie nie ekscytowały). W ramach pracy startowałem w regatach Sydney – Hobart. Zwiedziłem pół świata, żeglowałem na Nowej Zelandii, w Australii, byłem Argentynie, USA i wielu krajach Europy. Startowałem w ekstremalnych zawodach narciarskich Derby de la Meije. Zacząłem trenować judo. Na igrzyska olimpijskie pojechałem jako fotograf największego polskiego wydawnictwa żeglarskiego. Komentuję m.in. narciarstwo alpejskie w Eurosporcie. Wcześniej jeździłem konno w scenach batalistycznych podczas realizacji filmu „Ogniem i Mieczem” Jerzego Hoffmanna… Litanię tę mógłbym tutaj przedłużać; dopisywać i dopisywać.

W międzyczasie jednak pewne zdarzenie odcisnęło na mnie silne piętno. Otóż na początku 2003 roku w moim życiu pojawiło się Radio PiN, gdzie poczułem magię tego medium i zakochałem się. Prowadziłem audycję „Out of Routine”, a później „360 Stopni”. Wcześniej działałem trochę w Radiu Wawa, kręciłem się przy radiowej Trójce (kto pamięta audycję Droga na Ostrołękę?). Lecz była to ledwie namiastka. PIN stanowił ewenement, ludzie, klimat, muzyka i frajda z obcowania z wybitnościami świata sportu i podróży. Przepytywałem sir Edmunda Hillary’ego, Krzysztofa Wielickiego, Leszka Cichego, Piotr Morawskiego, Roberta Kubicę, Wojciecha Cejrowskiego… Nazwiska wielkie, ale też kompletnych anonimów, którzy bez żadnego rozgłosu dokonywali fantastycznych czynów, docierali w najdalsze zakątki globu. Dzieło to chciałbym kontynuować w Weszlo.fm. Najpewniej audycja będzie się nazywać Zona Urbana. Wszystko okaże się wkrótce.

Kiedy kończyłem współpracę z PiN-em bodaj w 2011 roku tliła mi się w głowie myśl o stworzeniu mobilnej stacji, która by podążała za największymi wydarzeniami sportowymi i relacjonowała je lokalnie w eterze. Nic z tego oczywiście nie wyszło, ale kilka lat później wychodzi coś na kształt, ale zupełnie doskonalszego. Trzymajcie kciuki, bo to przedsięwzięcie co się zowie! Więcej szczegółów przedstawił szef przedsięwzięcia Krzysztof Stanowski w swoim ostatnim artykule.

Pragnę uspokoić, że opis mojego stanowiska na powyższej grafice ma charakter sarkastyczny.

Bliszki w kuźni

Kajko i Gucio debiutowali w barwach Legii Warszawa w turnieju judo do ośmiu lat. Zawody Kuźnia Młodych Talentów zorganizował klub Yuko Józefów. To wielka sprawa, dla mnie i dla moich synów. Bali się bardzo, tremowali, ale jak przyszło co do czego, wytrzymali presję i wyszli na matę. Dali z siebie wszystko. Walczyli z sercem, a moje serce napełnili dumą i szczęściem.

Oto pierwsza walka Kajtusia. Przegrywał, ale się podniósł, wyrównał i wygrał. Prawdziwy Zbój!

Gucio przegrał pierwszą walkę. Pamiętajmy, że dysfunkcja Gucia nie ułatwia mu sprawy. Walczy praktycznie jednorącz. Jego porażka i tak jest zwycięstwem. Do pojedynku podszedł najlepiej jak potrafił. Nie poddał się. Próbował. Uprawia funny judo pod okiem trenerki Olgi Zwolak, chodził wcześniej na treningi do Krzysztofa Wiłkomirskiego, Karoliny Koszeli, Grzegorza Zimeckiego oraz Bartka Rejniaka. Podobnie zresztą Kajko, ale on zaczął od Grzegorza. Judo to najlepszy sport dla malców! W sumie rozumiem obawy rodziców dziewczynek przed posłaniem na treningi, choć nie przekonują mnie wcale. Poklikajcie w stronę www.judo.legia.com. Tam znajdziecie artykuły na temat tego wspaniałego sportu. Ja ze swej strony mogę dzielić się wrażeniami osobistymi i spostrzeżeniami rozwoju moich synów. Wczoraj idąc na zajęcia po Gucia podniosłem Kajtka za łokcie. On bardzo dumny pyta czy jest silny.

⁃ Jak będziesz trenował, to będziesz sprawny jak kocur.

Zaglądamy do sali, w której ćwiczy Gucio. Kajtek: A ja już jestem sprawny jak małpiszon!

To fakt. Postępy sprawnościowe są niesamowite! To postępuje geometrycznie. Szczególnie cieszę się z tego jak to wyglada u Gucia.

Mirosław Zbrojewicz o swojej Warszawie

Mirosława Zbrojewicza poznałem kilka lat temu. Mijamy się czasem towarzysko, gdzieś na spotkaniach. Zawsze przemiłych, okraszonych opowieściami, anegdotkami. Razu pewnego – dwa lata temu – pomyślałem sobie, że fajnie byłoby pogadać ze „Zbroją” o Warszawie. Tekst miał się ukazać w wydawnictwie, które się nie ukazało i pociągnęło za sobą w niebyt również mój tekst. Dziś wracam do nie go tak z wielką przyjemnością, jak z wielką chęcią ciągu dalszego… Od wywiadu trochę się pozmieniało, ale większość wspomnień ożywa i przywołuje wspaniałe wspomnienia. Chciałbym w tym miejscu podziękować Januszowi Partyce za klimatyczne zdjęcie. Zapraszam do lektury.

d.

 

Jak to się stało, że nie jesteś stałym bywalcem na meczach Legii Warszawa, choć mieszkasz w stolicy od urodzenia, można by rzec z dziada pradziada?

Moi dziadkowie mieszkali na Czerniakowie w pobliżu stadionu Legii. Szczerze powiem, nie wiem dlaczego ominęła mnie przyjemność chodzenia na mecze piłki nożnej. Lubię futbol, interesuję się, oglądam w telewizji. Chciałbym w końcu pójść na Legię. Byłem ze dwa razy na narodowym, podejrzewam, że na Łazienkowskiej jest zupełnie inna atmosfera. Mogę sobie tylko wyobrazić kiedy tych kilkadziesiąt tysięcy ryknie… A o czym my mamy rozmawiać w ogóle?

O twojej warszawskości. Kiedy zapytałem cię przez telefon o „twoje” miejsce w Warszawie, powiedziałeś: „pałac kultury”. Siedzimy więc tutaj, w kawiarni teatru, w którym grasz.

Ja się wychowałem w Warszawie. Jestem warszawiak od zawsze i dobrze mi w tej skórze. Nigdy nie mieszkałem poza, no, oprócz półtorarocznego epizodu. Zaraz po szkole teatralnej przeniosłem się do Zielonej Góry, bo tam Krystyna Meissner dostała teatr i nas zabrała prosto ze szkoły, robiliśmy tam dyplom i zostaliśmy na trochę. To jedyny moment, że mogę powiedzieć, że mieszkałem gdzie indziej niż w Warszawie. Ale też nie poodcinałem wszystkiego. Żona została w Warszawie, a jak wróciłem to już nie miałem żony. Wiesz, półtora roku, w młodym wieku… Generalnie to z dziada pradziada jestem warszawiak. Ze strony mojego ojca, nie. Oni byli kresowiacy. Ze strony mojej mamy, wszyscy za to warszawiacy. Udało nam się odzyskać teraz mieszkania po dziadkach, związane z opowieściami mojej mamy, jak to wracała do Warszawy po powstaniu na początku ’45. Nie miała gdzie pójść, to jedyny kierunek był właśnie na to mokotowskie mieszkanie. Zrobiliśmy teraz totalny remont z kuciem wszystkiego i okazało się, że moja mama nie bredziła wcale, twierdząc że w jednej ze ścian było przejście na balkon, którego teraz już nie ma. Po skuciu tynków widać inne cegły. Przypominają się takie szczegóły z jej opowieści, że to mieszkanie było całe wypalone w środku. Takie warszawskie opowieści. Zresztą na podwórku podobno bawiła się za dzieciaka z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim. W tej chwili ta ulica się nazywa Hołówki. Na wszystkich etapach mojego życia dominują opowieści warszawskie, żadne inne.

A gdzie się wychowywałeś? Właśnie na Czerniakowie?

Nie, ja jestem chłopak z Grochowa. Po urodzeniu w Warszawie zamieszkaliśmy z rodzicami w Świdrze. Dostali tam z kwaterunku takiego „świdermajera”, dwa pokoje. Po trzech latach ojciec dostał mieszkanie na Szaserów, tam powstało wtedy nowe osiedle. Było fenomenalnie. Z mojego okna widać było polepo drugiej stronie ulicy, na którym się pasły krowy. Kiedy ojciec miał wolne, zabierał mnie na to pole na drugą stronę, rozkładał sobie gazetkę i czytał. Wcześniej wykopywał mi dołek, że niby samochód. Kiedyś znaleźliśmy jakąś starą kierownicę, więc dawał mi ją i ja przez dwie godziny miałem odlot, a on sobie mógł w spokoju poczytać. Autentyczne z tymi krowami. Moja obecna żona Beata, jak się po latach okazało, mieszkała w bloku naprzeciwko, na tym polu właśnie. Ta „jej” część osiedla została wybudowana z dziesięć lat później.

Zaklęte rewiry z dzieciństwa?

Tam na Szaserów to był mój dom rodzinny. Mieszkałem tam od 1960 roku, a jak się zabrałem z domu, miałem ze dwadzieścia lat. Potem błąkałem się po całej Warszawie. Najpierw na Marysinie, bo tam jakaś kawalerka była. Kiedy już związałem się z Beatą i pojawiły się dzieci, no to migrowaliśmy po całej Warszawie, Żoliborz, Wola, Praga Północ. Gdzie się dało. Nie wiem na czym to polegało, ale zawsze jednak wracaliśmy na Grochów. Pierwsze mieszkanie, które kupiliśmy było na, z przeproszeniem, ulicy Zbaraskiej, przy Kinowej, więc też blisko. Potem Gocławek, znów Grochów i teraz bliski Wawer. Czuję się bardzo związany z Grochowem, Pragą Południe. To moje rewiry.

Pamiętasz z dzieciństwa wojny osiedlowe?

To Osiedle Młodych przy Szaserów było trochę zamknięte. To jeszcze nie były gomułkowskie klitki, tylko metraże i wysokość całkiem normalne. Na tych podwórkach funkcjonowaliśmy wszyscy razem. Do momentu, kiedy zrobił się podział na gitów i hipisów. Ja byłem w hipisach, w związku z czym dostałem w ryja kilka razy od kolegów, z którym wcześniej ganiałem po podwórku. Ale razu pewnego się odegrałem. Była taka rodzinka. Jeden to był takim gitem, że udowadniając, że jest największym gitowcem świata, podłożył stopę pod pociąg. Jeszcze kilka lat temu widziałem jak stukał drewnianą nóżką. Na tych torach zresztą też się wychowywaliśmy, bo tam obok jest Makowska i bocznice Olszynki Grochowskiej.

Wagary?

Na torach to raczej wcześniej, za dzieciaka. Przypomina mi się taka akcja, że zamiast do szkoły na Reymonta, chodziliśmy do baru Radek na Żeromskiego, na Żoliborzu. Grywaliśmy tam w pieniążek. W pięciu zamawialiśmy jedno piwo. Kładło się serwetkę i na to monetę. W knajpach można było palić, więc papierosem robiło się dziurkę. Komu spadł pieniążek do piwa stawiał kolejne piwo do zabawy. Potrafiliśmy tak cztery godziny się bawić. Po czym szliśmy do szkoły odebrać tornistry. Zdarzyło się, że ktoś kopnął na dach trzypiętrowej szkoły piłkę. A ja po piwkach, odważny, po piorunochronie na górę. Koledzy bili brawo. Jak schodziłem piorunochron się urwał, otwarte złamanie. Wylądowałem w bursie, która tam była przy moim liceum bibliotekarskim. Mama mi załatwiła, abym nie musiał dojeżdżać z Grochowa na Bielany. W końcu to godzina drogi. Piękne to były czasy. Miałem izolatkę z łazienką. Tam inicjowałem. Ale wróćmy do tych hipisów. Po złamaniu nogi chodziłem o kulach. Ale że byłem wysportowany, trenowałem łyżwiarstwo figurowe na Torwarze – w Warszawiance, byłem i czułem się wykozaczony. W celach popisowych szalałem na tych kulach, robiłem piruety, skakałem po pięć schodów w dół i górę. Zaczepili nas „koledzy”. Podejrzewam, że musieli oswoić jakiegoś małolata z tym, że ma podejść i strzelić w ryja. Sprawdzali go. Nosiliśmy na szyjach takie „hendriksy” na drewienku, z drugiej strony gwoździem wypalaliśmy pacyfkę. Za to z miejsca był strzał w ryja od gitowców. Gadka, szmatka, panowie gitowie, wiesz, kolega nagle dostał strzała. Przewrócił się, a oni się skierowali do mnie. Ja jednak na tych kulach prawie latałem, wyćwiczyłem się i tymi kulami rozniosłem to towarzystwo. Dostałem jakiejś amby, wpadłem w nagły amok. Zacząłem tak nimi wywijać… Posypały się zęby, krew się polała. Ostro było. A lać się chodziliśmy na Prochową. Na Prochowej mieszkał Stasiuk. Kilka razy piliśmy zresztą razem. Tam jednak żyli Cyganie, przy tym parku naprzeciwko szpitala na Szaserów. Pojawiały się preteksty. Jak nam zabrali piłkę w tym parku, szliśmy do nich i dochodziło do regularnej bitwy, każdy z każdym, nie było pomiłuj. Oni tam na kupie w takich dwóch domach żyli. Strasznie dużo ich tam było. Regularnie się praliśmy.

A który okres życia wiążesz z poznawaniem dorosłego życia w Warszawie?

To właśnie okres dorastania. Kiedy wychodzisz z domu, coraz dalej, coraz dalej i zaczynasz latać po mieście. Kiedyś nie było clubbingu, ani nic z tych rzeczy. „Gwiazdeczka” na Starym Mieście i tego typu przybytki. Potem to takie zupełnie amatorskie knajpiane przygody. W zawodowstwo knajpiane wchodziłem w Spatifie, Ścieku na Trębackiej. Od początku, zawsze, co wieczór, po spektaklach wszyscy szli właśnie do Spatifu. To był rytuał. W Spatifie były trzy sale, do jednej wchodziło się tak w głąb, dwie zaś od razu, od wejścia. W gorących czasach stanu wojennego, w tych okolicach… rzecz jest o Urbanie, czyli ówczesnym znienawidzonym rzeczniku rządu. Wbijamy się, a tam nie ma gdzie stanąć. Tłum dziki. Siedzą sobie na kolanach, ale tylko w tych dwóch salach. Patrzymy a w tej trzeciej, najmniejszej, pusto. A tam zderzenie z szybą, bo przy suto zastawionym stole siedzi Jerzy Urban a dookoła niego jakieś panienki, który sobie z miasta sprowadził. Robił to celowo, ostentacyjnie. Ludzie go odrzucali, nie akceptowali, bo był czerwoną świnią, a on specjalnie brylował. Tę knajpę zamykali około północy, o dwunastej zaczynali gasić światła, o 12.30 był koniec. Mojego kolegę, kiedy był zrobiony, sadzaliśmy przy szatni, pod telefonem. Raz jak go zostawiliśmy, akurat wychodził Urban. Uwielbiał prowokować. Kumpel akurat się ocknął, zobaczył go i od razu w pijanym widzie wystartował z pięściami. Urban właśnie zakładał płaszcz i jakoś tak się zrobiło, że koledze został ten płaszcz w rękach, a rzecznik na to: dziękuję bardzo, poradzę sobie sam i w tym momencie kolega puścił pawia. To były piękne czasy. Warszawa była inna, a jednak paradoksalnie taka sama. Trochę jak z przedwojennej Moskwy znanej z opisów Bułchakowa. Kiedy zaczynało się miganie światłami wiadomo było, że trzeba płacić rachunki i zabawa się kończyła. Jak się wychodziło ze Spatifu stały polewaczki. Za pięć złotych jechało się na Trębacką, a za dychę na Trębacką z… polewaniem. A jak się dało trzy dychy to i do domu zawieźli.

A co było na Trębackiej?

Trębacka to był hard core. Wiesz jak się w Trębacką skręca z Krakowskiego Przedmieścia? Po lewej stronie jest taki „bunkier” betonowy. To było tam. Przybytek się nazywało „ściekiem”, ale nie znam oficjalnej nazwy. Wszystkie niedobitki ze spatifów i innych knajp właśnie tam lądowały. Teoretycznie zamykali to o czwartej, choć ja tam chyba ze trzy razy budziłem się o trzynastej, kiedy leżałem pod stolikiem, a na sali uwijała się pani sprzątaczka. Jak ja już nie nadawałem się do niczego, kładli mnie pod stołem i dalej biesiadowali. Przeurocze czasy. Pamiętam jak kolega scenograf dostał gażę za scenografię w teatrze. W trzy dni ją przepiliśmy. Nie kończąc. Runda była następująca: śniadanie w Krokodylu na Starówce, potem jechaliśmy na szybko na Foksal, potem Spatif, Ściek. Trzy dni balowaliśmy.

A jakieś konkretne przygody?

Miałem sprawę w sądzie, karną. Zdałem maturę w liceum księgarskim na Reymonta. Fantastyczna szkoła. Z którejś tam imprezy pomaturalnej wracaliśmy na Grochów pieszo Mostem Poniatowskiego. Okazało się, że po drodze jest Muzeum Wojska Polskiego. Myknęliśmy przez bramę. Do dziś nie wiem jak my to zrobiliśmy. Myślę o tym czasem jak tamtędy przejeżdżam. Przecież to wielkie ogrodzenie ma kolce. W jedną stronę to małe miki, ale z powrotem… przeszliśmy z kotwicami. Jedna ważyła 45 kg, druga 55. Szliśmy z nimi po moście. Zatrzymał się radiowóz i nas zapakował. Zabrali nas na taki mały komisariat w domu partii. Jak się okazało, że to nie jest żadna polityczna sprawa dali nam w dupę i wysłali na Wilczą. Tam czekaliśmy na rodziców. Wyglądało to tak, że w kanciapie leżały te dwie kotwice jako dowody, jako corpus delicti. Co chwila drzwi się otwierały, zaglądali jacyś ludzie z tekstami:
– ty Antek, zobacz tych dwóch, wiesz co oni zrobili, kotwice wynieśli z Muzeum Wojska Polskiego…
– Jakie kotwice?
– No te.
– Kurwa, ile to waży?
– Naprawdę?

Potem mieliśmy sprawę i dostaliśmy wyroki, w ramach których musieliśmy na rzecz miasta wykonywać prace społeczne. Na Burakowskiej MPO miało bazę. Meldowaliśmy się tam dwa razy w tygodniu, w środę i niedzielę. Wtedy nas ładowali z różnymi takimi innymi łebkami, wieźli nas na Agrykolę i w niedzielę zamiataliśmy Agrykolę w górę, a w środy w dół. Czeski film.

Masz swój klucz do Warszawy, kiedy przyjeżdżają do ciebie przyjaciele z innych miast, albo goście z zagranicy?

Teraz to się zmieniło, ale pamiętam jak przed laty przyjeżdżali do mnie kuzynostwo ze Szwajcarii. A oni to totalne świeżynki, nieświadomi jak niemowlęta. Woziłem ich na Pragę. Tamte okolice – Brzeska, Ząbkowska, Białostocka. Oni byli w siódmym niebie i dopiero stamtąd ruszaliśmy na miasto. Nie wiem czy jest jakiś klucz. Poruszać się można normalnie, jak po każdym cywilizowanym mieście, no, po każdym, które ma dwie linie metra. Szczerze mówiąc, wiesz co? Nie uważam, że Warszawa to jest przyjazne miasto, tak na dzień dobry.

Właśnie dlatego mówię o tym kluczu, swoistym wytrychu, który otwiera właściwe drzwi ukazujące Warszawę od odpowiedniej strony.

Nigdy nie potrzebowałem takiego klucza. Najbardziej lubiłem właśnie zawieźć ich tam, w tę dupę ciemną na Pragę. Czasem robiło się taki numer, jak zabrakło alkoholu w nocy, braliśmy taksówkę, jechaliśmy na „Prażkę”. Do melin nie wchodziliśmy, bo Szwajcar by mina rękach umarł na serce. Ale pokazywałem mu jak się kupuje wódkę. A patent był genialny. Podjeżdżaliśmy taksówką. Była druga, trzecia w nocy. Podbiegał kilkuletni wyrostek, pytał: ile? Dwie. Trzydzieści złotych. Dostawał. Miał patyk, którym walił w rynnę. Bum, bum. Na sznurku z góry zjeżdżała jedna flaszka, potem druga. Nie wysiadaliśmy z samochodu nawet. Ładował i hajda.

Pałac kultury jest obecny jakoś w twoim życiu. To tutaj rozmawiamy.

Bardzo. Od samego początku niemal, bo chodziłem na zajęcia do Pałacu Młodzieży. Próbowałem, pamiętając jak mnie tutaj było dobrze, również moje dzieciaki tym zarazić. Ale jakoś to się nie sprawdziło. Trudniej było. Trzeba było stać w jakichś kolejkach społecznych po nocach, zapisy jakieś. W końcu to olaliśmy, bo było wiele innych możliwości. A wtedy była albo inna dostępność dla ludu, albo moja matka miała więcej sprytu. Od małego spędzałem w pałacu czas non stop. Mnie po roku, po dwóch nudziło się i przechodziłem do innej sekcji. Trenowałem szermierkę, pływanie, ping-pong i ten tenis stołowy na całkiem niezłym poziomie, ale chodziłem też na modelarstwo, jakieś lotnicze sekcje. Niesamowite było, że udało nam się to jakoś rozkminić i łaziliśmy po całym pałacu. Wszędzie była komunikacja. Jak ja to skumałem, to się błąkaliśmy po wszystkich zakamarkach, jakieś tajne przejścia do Sali Kongresowej. Kiedyś tam wylądowałem zupełnie znienacka. Nagle wylazłem z jakiegoś korytarza, znalazłem się na scenie i ganiałem się między rzędami ze strażnikiem. Tutaj też miałem mieć egzamin na studia. Jak już mówiłem skończyłem liceum bibliotekarskie i matka koniecznie chciała mnie na studia bibliotekoznawcze na uniwerku wysłać.  A ja chciałem do szkoły teatralnej, tylko wierszyków się na czas nie nauczyłem. Matka wiedziała, że będę kombinował. Wjechała ze mną na górę, bo Uniwersytet Warszawski miał tu swoje pomieszczenia. Nie pamiętam, które to było pięto. Wykonałem wtedy numer stulecia. Nie byłem przygotowany, poza tym wiedziałem, że po co mi to. Mama czekała pod drzwiami jeszcze chwilę, pilnowała żebym nogi nie dał. Tam siedzieli już ludzie. Podchodziłem do profesora, tak jakbym chciał mu coś powiedzieć, ale zawracałem patrzyłem przez dziurkę od klucza czy mama jeszcze siedzi, no to wracałem do profesora i tak ze cztery razy. Przecież ja byłem prawie dorosłym człowiekiem, miałem dziewiętnaście lat. Profesor patrzył na mnie wielkimi oczami. Jak tylko mama poszła, ja myknąłem na jakieś schody i uciekłem na ten taras widokowy na trzydziestym piętrze, gdzie spędziłem cały egzamin.

Teraz tu pracujesz?

Tak, w teatrze Studio i to już od lat. To jest naprawdę mnóstwo niesamowitych zakamarków. Genialne miejsce. Można się zatracić. W dawnych czasach, kiedy z tej Zielonej Góry wróciliśmy do Warszawy, mieliśmy grupę teatralną. Podpięliśmy się finansowo pod Stołeczną Estradę. Udostępnili nam gdzieś na górze kanciapę. To się nazywało „36. Piętro”. Robiliśmy tam próby, ale próby próbami, bo przy okazji penetrowaliśmy oczywiście w międzyczasie pałac. Znaleźliśmy takie miejsce, gdzie można było wejść w korytarz, który szło się kawał drogi… i nagle był koniec. Prowadził donikąd. A można było przejść dobre dwieście metrów. Zaczęliśmy podpytywać o co chodzi i jak się okazało, budowały to cztery niezależne ekipy i po prostu im się „nie zeszło”. Ponoć mnóstwo tu jest takich nieoficjalnych, nieodkrytych przestrzeni, gdzie się „nie zeszło”. Mówi się, że w pałacu jest dziesięć procent przestrzeni, których nikt nigdy nie widział, typu zamurowana betoniarka. Ciekawe swoją drogą ile tu ludzi zostało zamurowanych w fundamentach.

Którędy prowadzi twój osobisty szlak po Warszawie?

To się zmienia wraz z upływem życia. Od jakiegoś czasu szukam takich dziwnych, fajnych, ale nieoczywistych miejsc na obrzeżach Warszawy. Przez to, że Warszawa się powiększa, one zostają wchłonięte naturalnym porządkiem rzeczy. Gdzieś w lesie pod Wilanowem można znaleźć przedziwne trzystuletnie ruiny, których nikt nie pilnuje. Przedziwne. A jeśli chciałbyś się kiedyś umówić na łyżwy, mam fenomenalne miejsce na zimę. Wiesz gdzie? Jak się leci Wałem Miedzeszyńskim, dojeżdżasz do ronda – w jedną trakt lubelski, w drugą na Puławy. Zaraz za stacją benzynową trzeba zjechać i znajduje się tam jezioro-staw. Ma ze dwa kilometry długości. Zamarza w zimie na maksa i masz dla siebie dwukilometrowe lodowisko. Nie ma nic lepszego, piękniejszego. A na dokładkę gdzieś pośrodku mieszka facet, który ma ogromny drewniany dom. Ma tam salę, w której może podjąć sporą grupę ludzi. Normalnie w sezonie to funkcjonuje, a zimą trzeba do niego zadzwonić. Specjalizuje się grillowanych rybach. Wyobraź sobie, zima, mróz, widok na lodowisko, nogi w kominku i ta ryba… Ponieważ od dziesięciu lat nie przyjmuję alkoholu, trochę wypadłem z obiegu imprezowego. Swego czasu trochę balangowałem. Potem jeszcze ze trzy lata miałem taki rozpęd bezalkoholowy, że wchodziłem w te imprezy. Teraz już nie daję rady, gadanie ciągle o tym samym, po pół godzinie nić porozumienia się zrywa. Mam dość gości, którzy mi rzężą nie wiadomo o czym. Tak jakoś zrezygnowałem i przestałem się włóczyć po mieście.

Pałac Kultury to nie tylko teatr, ale i kino.

Tam, gdzie dziś jest Kinoteka były kiedyś dwie sale: Wiedza i Przyjaźń. Około trzeciej klasy chodziłem wyłącznie do kina. Nigdzie indziej. Po prostu nigdzie, tylko do kina. Nie mówiąc już o tym, że do szkoły nie chodziłem, ale i do domu nie chodziłem, bo łaziłem po kinach. Dziennie oglądałem trzy-cztery seanse. Zaczynałem o ósmej rano, bo wtedy puszczano pierwszy film w kinie Wiedza. To też były dobre klimaty. Przyjeżdżali chłopaki z samochodówki na Stawki, też wagarowali. Ja byłem napięty i ambitny, starałem się wybić na intelektualistę, wobec czego dobierałem starannie repertuar. A oni po prostu smarowali w pustym kinie jakieś tanie wina. Były takie przygody, że w skupieniu próbowałem obejrzeć Bergmana „Szepty i krzyki”, a chłopaki otwierali winko, ósma piętnaście i jechali: eeeeee, pokaż cyckiiiiii! Filmowa edukacja trwała intensywnie z dobry rok. Moje kino to było kino Sokół przy ulicy Paca na Grochowie. Z Szaserów miałem na piechotę przez park. Pamiętam jak dziś, grali film „Jarzębina czerwona” Szukszyna, radziecki, bardzo piękny film. Koniecznie to chciałem zobaczyć. Widzę siebie jak gnałem przez ten park co sił. Bilety w Sokole były po cztery złote, „kłapane”, drewniane rzędy siedzeń. Wpadam a, zadowolona zresztą, pani oznajmia mi, że „nie będzie seansu, bo jest pan sam”. Ze spuszczoną głową wróciłem noga za nogą do domu. Następnego dnia był jeszcze jeden chętny i dogadaliśmy się, że kupiliśmy po dwa bilety i siedzieliśmy sobie sami i oglądaliśmy film elegancko. Zdarzało się, że w tylnych rzędach dochodziło do aktów miłosnych. Równo. Wiadomo, kłopoty lokalowe. Trafiłem kiedyś na otwarcie kina Relax. Pokazywali film „Wyzwolenie”. Siedziałem w pierwszym rzędzie, bo takie bilety udało się załatwić mojemu ojcu. Kiedy nagle zza okopu wyjechał czołg, ja momentalnie znalazłem się w trzecim rzędzie. W kinie Moskwa byłem na ostatnim sensie, o czym dopiero później się dowiedziałem. To był film „Jade”. Kryminał o jakiejś prostytutce zamordowanej przez senatora w Stanach. Podobno te lwy, które stały przed kinem, a dziś stoją tam od strony Puławskiej, uratował Krzysztof Ziemiec.

Jesteś aktorem charakterystycznym. Czy masz przed oczami wizerunek siebie w jakiejś typowo warszawskiej roli, nieco szemranej?

Jak kręciliśmy „E=mc2” na Pradze, tam była taka sytuacja. Podwórko studnia, kamienica sześć pięter, my na dachu. Budżet poniżej wszelkich możliwości, zero rozmachu. Dodatkowo tę scenę musieliśmy zagrać wszystko na żywca, a ja mam absolutny lęk wysokości. Kaskaderzy nas asekurowali. Ostatnio ktoś mi przypomniał, że widać jak się trzymam kurczowo, strach w oczach i jakaś linka asekuracyjna podpięta do komina. Faktycznie, puściłem to sobie poklatkowo i widać białe kości dłoni zaciśnięte do bólu, na twarzy oczywiście przyklejony uśmiech. Dobrą tam mieliśmy przygodę. Zero zabezpieczenia, żadnej policji. Cały dzień na tym dachu spędziliśmy. W pewnym momencie, ktoś krzyczy, eeeeee! A tam na czwartym piętrze, otwarte okno, jakaś panna stoi w oknie i na nas patrzy, a od tyłu podłączony do niej gość. Klasyka. Dziewczyny w cieniu rozstawiły leżaki i się niby opalały, bo film kręcą.

Rozmawiał Dariusz Urbanowicz
Fot. Janusz Partyka

Freeride – free your mind

Jazda po trasach narciarskich ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że jest fajnie. Minusem zaś że nie za bardzo. To znaczy obok tras fajniej, w tym sensie. Czasem wyjdzie z tej mojej/naszej jazdy coś fajoskiego. Pewnego razu, jeszcze za czasów pracy w Legii, udało mi się wycyganić od kolegów z działu wideo kamerkę. Trafił nam się jeden dzień pogody. Kolejnego już mgła i padaka z nagrywania. Nie mogę się zbytnio rozpisywać gdzie jeździliśmy z kilku względów.

Zatem kamerowałem ja, jeździł Bodek Leśnodorski, a montował Tomasz Sejbuk. Filmik sprzed dwóch zim. Polecam!

Zdjęcie główne pochodzi z wyprawy „K2 Ski Challenge”.

Będę się bronił!

Kolejny tekst  z przeszłości, a dokładnie sprzed czterech lat. Stąd też ich tego i poprzedniego) wątpliwa aktualność. Ale i tak są ciekawe.

 

3, 1, 4, znowu 1, 3 i w końcu… 12. Nie, to nie kombinacja liczb do jakiejś loterii, tylko pozycje jakie zajmował w poszczególnych sezonach Freeride World Touru Aurelien Ducroz. Do tego wszystkiego należy dodać dziesięć podiów w Pucharach Świata, w tym cztery zwycięstwa. Dwukrotny mistrz świata w ostatnim sezonie zaliczył najsłabszy wynik w historii swojej kariery. Czyżby był na zakręcie? Czy jest reliktem poprzedniej dekady? Nie wydaje się, by zaprzestał dobrze jeździć. Wciąż potrafił zbliżyć się do najlepszych wyników, ocierał się o podium. On wzdryga się przed takimi obserwacjami, choć wnioski wyciągane na podstawie gołych wyników są dla niego bezlitosne. Wciąż twierdzi, że niesamowite wyznaczane jego nartami na najbardziej niedostępnych ścianach najwyższych gór to jego druga natura. To natura, którą przesiąkł od swojego ojca, który w cieniu Mont Blanc czy też w pełnym słońcu na zboczach najwyższego szczytu Alp był przewodnikiem górskim. A jednak ciężar jego kariery coraz bardziej przenosi się na drugą z pasji pochodzącego z Chamonix Francuza. Żeglarstwo oceaniczne jest sportem na pewno nie mniej złożonym od narciarstwa ekstremalnego, a prawdopodobnie o wiele bardziej. Trudno się dziwić, że Aureliena ciągnie na ocean. To druga część jego natury, którą zawdzięcza dziadkowi. Jego praszczur dysponował jachtem na Morzu Śródziemnym. W końcu niczym piękny flash back powróciło żeglarstwo. Najpierw padło na klasę Mini. To 6,5 metrowe, niezwykle dzielne i szybkie jachty transoceaniczne. Służą do żeglugi solo. Po nieudanym występie w wyścigu przez Atlantyk – Mini Transat – Ducroz nie poddał się. Ba! Rozwija skrzydła. Wsiadł bowiem na klasę, która bardzo dynamicznie się rozwija. Class40 z kolei to łódź dla dwóch osób. Już niektóre eliminacje Mini wymagają dwuosobowej obsługi łodzi. Być może wtedy właśnie nabrał przekonania, że w duecie lepiej. Class40 połączyła go z Yannickiem Bastavenem i to z nim wystartowali w regatach z francuskiego La Havre do brazylijskiego portu Itajai. Wcześniej brał udział w treningach z młodym francuskim żeglarzem Francoisem Gabartem. Ten jest zwycięzcą ostatniej edycji Vendee Globe – a więc samotniczego wyścigu okołoziemskiego (bez zawijania do portów ani bez pomocy z zewnątrz). Co ciekawe Gabart na swoim jachcie Macife (klasa IMOCA) startuje również w Transat Jacques Vabre, a jego partnerem jest profesor solowego żeglarstwa Michel Desjoyeaux. Po takiej lekcji Aurelien może być na pewno spokojniejszy o swój poziom. Dużo tego żeglarstwa, lecz co z nartami? Na tę chwilę nie ma nazwiska Ducroz wśród uczestników Freeride World Touru na sezon 2014. Miejmy nadzieję, że ten stan się szybko zmieni, zaraz po zakończeniu regat w Brazylii. Twierdzi: Poziom rywalizacji wciąż się podnosi, a młodzi narciarze nie ustają w poszukiwaniu nowych środków freeride’owej ekspresji. Ja jednak ciągle się uczę i mierzę w obronę tytułu!

Wieśniak w mistrzowskiej koronie

Jakiś, bliżej nieokreślony czas temu, pisałem takie teksty. Były one drukowane na papierze w Adventure MAG (biuletyn wydawany i kolportowany przez sklepy Adventure Sports). Popełniłem tam m.in. takie oto działo na temat pewnego kosmity. Poczytajcie, bo pewnie nie każdy załapał się na papierowe wydanie.

Wierzy w to co robi. Poświęca się temu w całości. Czy to chodzi o ski-alpinizm, czy też warzenie sera, z którego właściwie żyje. William Bon Mardion jest zwykłym człowiekiem. Zwykłym zawodnikiem teamowym (ambasador firm Dynastar i La Sportiva). Tak zwykłym, jak tylko się da. Żyje z zegarkiem w ręku, bo dzięki precyzji w planowaniu dnia, realizuje założenia. Pracuje od – do. Trenuje od – do. Reszta to czas dla siebie samego, co w zasadzie znaczy: dla rodziny.

Dzięki systemowi i, co naturalne, darowi bardzo solidnych warunków fizycznych (187 cm wzrostu, 80 kg wagi) wspiął się na dosłowne wyżyny narciarstwa wysokogórskiego. Koszt sukcesów jednak jest niesamowity.

W dni powszednie wstaje o czwartej rano. Pracuje do 14.40, o 15.30 wychodzi na trening. Musi zdążyć do 18.00, bo wtedy odbiera dziecko ze żłobka. O 20.00 jego dziewczyna wraca z pracy i do tego czasu on zajmuje się bobasem. Kładzie się o 22.30. Uwielbia za to dni, kiedy nie musi pracować. W łóżku „wyleguje się” do 7.30, by trzy godziny później wyjść na długi trening. To właśnie logistyka czasowa stanowi jego największe wyzwanie. – Timing przede wszystkim. Organizacja czasu pomiędzy prace, trening i życie rodzinne… to bardzo cienka linia, po której stąpam. Jeśli momentami zastanawiam się, czego brakuje mi by poprawić się jeszcze jako zawodnik to… decyzji o przerwaniu pracy. To jednak nie jest takie proste. Mogę bowiem więcej czasu poświęcić na trening, ale kosztem czegoś. Z domu nie zrezygnuję – przyjemnie usłyszeć taką deklarację…

Na tę chwilę idzie mu bardzo dobrze. Na ostatnich mistrzostwach świata wywalczył cztery medale. Dwa złota – w wyścigu indywidualnym oraz drużynowym, a także srebro w kombinacji i brąz w sztafecie. Jednak sprawy nie mają się tak prosto, jak w przypadku pozostałej części światowej czołówki. W pierwszej dziesiątce Pucharu Świata jest tylko dwóch zawodników, którzy mają dzieci i pełnowymiarową pracę. Właśnie William i Pietro Lanfranchi. – Dążąc do ideału, brakuje mi czasu by więcej trenować i odpoczywać – twierdzi nasz bohater. Pamiętajmy bowiem o jakże prostej prawdzie: w życiu sportowca trening jest równie istotny co odpoczynek. Jeśli się odpowiednio nie zregenerujemy, odbije się nam to czkawką.

Co się działo poza mistrzostwami w ostatnim sezonie? Pierra Menta to nieoficjalne mistrzostwa świata. Najbardziej prestiżowy z wyścigów skitourowych. Cztery dni (przynajmniej), cztery etapy i dziesięć tysięcy metrów przewyższeń pozytywnych, czyli do wdrapania się w pionie. Kilkukrotnie stawał na podium, w końcu wygrał. A dlaczego nie, w końcu to jego podwórko. Mieszka w tamtym rejonie. To jego własne podwórko. Pierra Menta to czwarty najwyższy szczyt Masywu Beaufort (2714 m). William ściga się w parze z Mathéo Jacquemoudem. O tym wyścigu mówi się Tour de France skialpinizmu. Rozgrywany jest od 1986 roku. Trofeo Mezzalama – kolejny z genialnych wyścigów skitourowych (trzyosobowe składy; 45 km i 2862 m przewyższenia dodatniego) – miejsce drugie. Takie przykłady da się mnożyć. Recepta? W sieci można znaleźć film kręcony kamerką umieszczoną na kasku Williama. Wynika z niego, że podejścia stanowią domenę Mathéo. Na górze następuje zmiana i to Bon Mardion przejmuje stery. Wniosek: na skręcanie i hamowanie szkoda czasu. Mówi się, Francuz doszedł do wniosku, że podejście… podejściem. Tutaj poziom jak wysoki by nie był, na tym najwyższym poziomie i tak będzie w miarę wyrównany. Rezerwy jednak znajdują się jeszcze właśnie w zjazdach i na tym polu postanowił wyszukać niszę, po czym wykorzystuje ją do cna. Mimo że największe wyścigi odbywają się na zasadach zespołowych (ekipy złożone przynajmniej z dwóch zawodników), jego największym celem było zdobycie złota mistrzostw świata w konkurencji indywidualnej. – Zespół to zespół, radość jest wielka, lecz prawdziwy duch rywalizacji to walka z samym sobą. Pokonać rywali można dopiero pokonawszy samego siebie. Dlatego tak zależało mi by wygrać w solowej rywalizacji, bo to tutaj ogłaszany jest najlepszy narciarz świata – tłumaczył.

Największego szczęścia doświadczył na mecie, gdzie czekała na niego dziewczyna z synkiem. W końcu oni uczestniczą w jego treningu jak nikt i codziennie go wspierają. Oni byli częścią tego wielkiego sukcesu.

 

Stara Roztoka 21-22-23 listopada ’17 r.

Poprzedni pobyt w Starej Roztoce pozostawił we mnie głęboki ślad. Pisałem o tym, chwilę po powrocie do Warszawy. Nie potrafię wyjaśnić z czego wynika ten pokład emocji związany z tym starutkim schroniskiem im. Wincentego Pola. Na pewno elektryzujący jest powód, dla którego tutaj przyjeżdżam, czyli wywiady z Januszem Gołąbem, które nagrywam jako materiał do książki o wielkościanowej wspinaczce Janusza.

(Improwizowane podejście pod Szpiglasową Przełęcz, fot. Piotr Deska/dhclimbing.com)

Tym razem zrezygnowałem (z przyczyn obiektywnych) z dojazdu Pendolino do Krakowa i stamtąd busem do Zakopanego. Wsiadłem za to w nocny pociąg (odjazd z centralnej o 23:05) i dojechałem sobie na siódmą rano kuszetką wyspawszy się przednio (sic!). Autobusy teraz odjeżdżają z placu przed dworcem kolejowym. Te jadące na Palenicę Białczańską („kierunek Morskie Oko”) ruszają ze stanowiska nr 1. Bilet 10 zł od osoby, niespełna 40 minut i jesteśmy na parkingu na Palenicy. Miałem dwa plecaki i narty, więc zbyt szybko nie maszerowałem. Do tego coś mi się buty ślizgały. Niby porządne, pancerne, a tu włączył mi się Grzegorz Filipowski i niewiele brakowało, a palnąłbym efektownego rittbergera, albo inną ewolucję niemniej karkołomną wcale. I to po wielokroć. Do Roztoki dotarłem około 10:40. Okazało się, że obuw zabezpieczony przed #K2SkiChallenge to buty na wiosenno-jesienne wspiny z bieżnikiem nijak nie pasującym na zimowe łażenie po lodzie.

(Janusz Gołąb w kluczowym żlebie pod Szpiglasową Przełęczą walczy, fot. Dariusz Urbanowicz)

Okoliczności przyrody w Roztoce i tego, no, niepowtarzalne, prześliczne, magiczne. Pod „przyciętym modrzewiem” stoi kilka bałwanów. Lata niepokojąco para sójek. Dach z wykuszami przysypany śniegiem. Dym z komina unosi się niemal pionowo. Biało, choć mróz już puszczał i odczuwało się odwilż. Okazało się, że Janusz Gołąb ze Stefanem Krupą, który gazduje w Roztoce, wyszli na narty około dziewiątej rano. Nie doczekali się mnie, niestety, bo wycieczkę urządzili sobie przednią. Zameldowałem się z ambitnym planem wyruszenia w ich ślady. Jednak poszli w miejsce, gdzie nie do końca mi się śpieszyło i tak jakoś przypomniało mi się, że trochę chorowałem, że trochę nieprzespana noc i tak jakoś oczy mi się przymknęły i dopiero mnie Janusz obudził po powrocie. Pod względem sportowym ten dzień spisałem na straty. Trudno się mówi i wierzy w fajne wydarzenia dalej.

(Samojebka z Januszem Gołąbem na Szpiglasowej Przełęczy)

 (Szpiglasowa Przełęcz, fot. Dariusz Urbanowicz)

Środowy poranek powitał nas ścianą deszczu i sporym kawałem wczorajszego imieninowego tortu Janusza. Takie śniadanie. Lało, zatem gadaliśmy. To znaczy Janusz nawijał o wyprawach przez dobre sześć godzin, wspominał niesamowite ekspedycje, a ja patrzyłem na dyktafon i sprawdzałem czy aby baterii wystarczy. Popołudniową porą nie wytrzymałem i wybrałem się na potruchtanie. Wyszło mi dziesięć kilometrów w tych butach Salomona, ale założyłem raczki. Egzamin zdany perfekcyjnie. Wieczorem Józek (siedmioletni synek gazdów Ani i Stefana) urodzinował. Kupiłem mu zestaw pingpongowy (rakietki, piłki i siatka), więc trochę stukało się na świetlicy. Przy okazji pogawędki, odwiedziny dwóch rendżersów (jeden gaduła, drugi wręcz przeciwnie) i tak jakoś minął wieczór. Siedziałem jak na drożdżach, o pardon, jak na szpilkach. Do Roztoki przybył bowiem Piotrek Deska – fotograf robiący zdjęcia (głównie wspinaczkowe) dla La Sportivy, Black Diamonda, a nade wszystko dla 8a.pl, czyli dla sponsora Janusza Gołąba. Postanowienie mamy następujące: zbiórka o 4 rano i ciśniemy na wschód git planety na Szpiglasową Przełęcz. Zdjęcia na podejściu, na przełęczy „powitanie słońca”, potem sesja na zjeździe i specjalne foty produktowe pod kątem 8a.pl. Zasypiam na szybko, bo krótka będzie ta noc.

(Sesja produktowa dla 8a.pl, w akcji Piotr Deska, model Janusz Gołąb, fot. Dariusz Urbanowicz)

(Janusz Gołąb z nieodłączną kamerką gopro, w tle Dolina Pięciu Stawów Polskich, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przed zaśnięciem dokonałem analizy kulinarnej. W roztoczańskiej kuchni rządzi niepodzielnie ciotka Renata. Ciotka gotuje „jak u mamy”. Czego się nie dotknie, w przepyszność się zamienia. Po wielokroć ekscytowałem się poziomem kulinarnym w Austrii, jako że wielokrotnie wyjeżdżałem tam sobie w celach turystycznych. Tamże w każdym górskim schronisku (czy raczej chacie) można zjeść calutkie niebo w gębie. Utyskiwałem jednocześnie, że w polskich schroniskach z jedzeniem najlepiej nie bywa. Zmieniam zdanie stanowczo, za sprawą kulinarnych doznań właśnie w Roztoce. Przy każdym posiłku bowiem załapywałem się na nieba w gębie, całkowicie zdając się na Zosię. To ona typuje potrawy, a ja posłusznie zajadam z trzęsącymi uszyskami. Zatem wśród wielu przepyszności z rozmarzeniem wspominać zawsze będę krokiety, kluski śląskie, gołąbki, okolicznościową pizzę (i tort!) z okazji urodzin Józka (gazdy juniora). Mógłbym tak długo wymieniać, bo lista dań obszerna i w ciemno da się trafić w jakiś delikates. Tak rozmyślając usnąłem.

(Torujący Piotrek Deska, fot. Dariusz Urbanowicz)

Pobudka była brutalna. Dźwięk alarmu postawił na proste nogi nie tylko mnie, ale i Piotrka, który spał za ścianą. Szybko się zorganizowaliśmy na tyle, że o 4:30 spor Morskiego Oka ruszyliśmy już na nartach pod górę, w stronę Szpiglasowej Przełęczy. W trakcie marszu okazało się, że wschód zastał nas znacznie poniżej planowanego miejsca. Byliśmy Za Mnichem i tam, w Kotłach Miedzianego wykonaliśmy kilka kontrolnych podejść i zjazdów, aby Piotrek mógł odpowiednio mistycznie naświetlić „kliszę”. (Tak, wiem, że robił zdjęcia cyfrowe).  Pamiętam jego zdjęcie, które zrobił Januszowi o wschodzie na Rysach. Wtedy wyruszyli o 2 w nocy, by zdążyć. Jeśli i tym razem uda się takie zdjęcie, będę dumny jako mistrz drugiego planu. Podczas jednego z owych zjazdów zgubiłem talerzyk. Co prawda odnalazł się dzięki sokolemu wzrokowi Janusza, ale po trekkingu na Baltoro nie nadawał się do użytku. Musiałem iść bez talerzyka, co skończyło się przedziwnym upadkiem i w efekcie złamaniem kijka. Drałowałem więc tylko z jednym, ale na szczęście w końcówce podejścia pod Szpiglas Janusz pożyczył mi swój. Za nami napierał Piotrek dźwigając dwudziestokilogramowy plecak ze sprzętem foto zazdraszczając nam lekkości przemieszczania się na nartach. On maszerował zapadając się przynajmniej po kolana w śniegu.

(Jeden z efektów sesji Piotra Deski z dhclimbing.com -> jestem modelem!)

Aura sprawiła nam konkretnego psikusa. Po silnej odwilży ścisnęło mrozem, powiało wiatrem i wytworzyła się warstwa lodoszreni. W moim odczuciu to najtrudniejsze z możliwych warunków narciarskich poza trasami. Narty bowiem grzęzną i jadą na wprost bez najmniejszej woli skręcania. A jak już skręcą, to wymuszają rozbicie sylwetki, co często kończy się utratą równowagi i glebą. Po kilka dziś razy wpadałem mimowolnie gębą w śnieg. Całodzienny skitur był wspaniały, mimo trudności na zjazdach. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na dobrą godzinę na Szpiglasowej Przełęczy. Błękit, świetnie widoczne Tatry, można stać i tylko patrzeć. Przede wszystkim jednak dostaliśmy się tu w celach fotograficznych (ciąg dalszy sesji, w którą planowali Piotr z Januszem). 

Z wielką radością wracałem do Roztoki by podzielić się wrażeniami. Tam czekały na mnie dwa gigantyczne gołąbki ze specjalną dedykacją od ciotki Renaty. Umęczyłem się przeokrutnie,  lecz jednocześnie dzień uszczęśliwił mnie jeszcze przeokrutniej. Taki to sport.

(Gołąbek z Roztoki, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przygotowuję wpis o Starej Roztoce, o klimacie, o kilku aspektach historycznych. Trzymajcie kciuki.

U Hermanna Maiera na rewirze

Wciąż zalegam jeszcze z jednym wpisem odnośnie ostatniego wyjazdu w Tatry, a dokładnie do Starej Roztoki. Myślę, że jutro go wrzucę. Tymczasem dziś spotkałem się z szefami marketingu Styrii, a więc bodaj najbliżej Polski położonego regionu narciarskiego w Austrii. Okoliczne ośrodki połączone są pod znaną w Polsce nazwą Ski Amade. Mam spory sentyment dla tego regionu, za sprawą wyjazdu rowerowego sprzed kilku lat. Zatrzymaliśmy się wtedy najpierw w Filzmoos, a potem w Radstadt, w miasteczku, w którym w alei gwiazd wmurowana została gwiazda Hermanna Maiera. Ten jeden z najwybitniejszych narciarzy w historii pochodzi z pobliskiego Flachau. W tej miejscowości odbywa się spektakularny, wieczorny slalom Pucharu Świata. Podobnie zresztą jak w pobliskim Schladming. Nocne wyścigi najlepszych narciarzy cieszą się ogromną popularnością. Na trybunach i wzdłuż tras pojawiają się dziesiątki tysięcy kibiców. Uwielbiam je komentować!

(Na zdjęciu Nicole Schmidhofer podczas supergiganta mistrzostw świata w Sankt Moritz, kiedy to dość nieoczekiwanie zdobywała w poprzednim sezonie złoty medal. Austriaczka firmuje tamtejszy region Murtal)

PŚ w slalomie kobiet – 9 stycznia 2018 r.
PŚ w slalomie mężczyzn – 23 stycznia 2018 r.

Narciarsko jednak tego rejonu zbyt dobrze nie miałem okazji poznać, więc nie rekomenduję tutaj niczego szczególnego. Choć wiele dobrego się słyszy w kontekście narciarstwa zjazdowego  Czego się dziś dowiedziałem na konferencji Steiermarku? Otóż Polacy lubią Ski Amade. Przekonują o tym liczby noclegów i kwoty zostawiane na miejscu przez turystów. Większość narciarzy traktuję tę aktywność jako pretekst do wyjazdów rodzinnych. Na miejscu zatem można się zapoznać z bogatą ofertą właśnie od kontem dzieci. Nie będę się tu zbytnio rozpisywał, cobyście po prostu kliknęli w stronę Ski Amade i poszukali tego, co Was najbardziej interesuje.

Pozwolę sobie przypomnieć filmik nakręcony przez Adama Jurowskiego podczas naszej wspólnej Austrostrady z 2011 roku, czyli wyprawy rowerowej po najciekawszych miejscach Austrii. Między innymi byliśmy właśnie pod Dachsteinem na niesamowitych przelotach!

K2 dla Polaków

Tytuł mówi wszystko i to nie tylko zaklinanie rzeczywistości. Zimowe zdobywanie najwyższych wierzchołków stało się polską domeną. To Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy pierwsi stanęli na Evereście i był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty właśnie zimą. Polacy pierwsi łamali bariery wyobraźni i możliwości przekraczając granice wzwyż.

Wczoraj w kinie Luna odbyła się premiera filmu „ZIMOWA WYPRAWA K2 1987/1988”. Miałem wtedy niespełna trzynaście lat. Film zrealizował Dariusz Załuski, którego poznałem na wyprawie Jędrka Bargiela właśnie na K2. Sam jest zdobywcą Czogori. Świetny, wrażliwy filmowiec a do tego bardzo dobry wspinacz. Film opowiada historię pierwszej próby zdobycia Góry Gór zimą. Trochę jest do śmiechu, trochę momentów wzruszających też się znajdzie. Materiały filmowe zostały nagrane podczas wyprawy, delikatnie tylko uzupełniono je o współczesne wywiady. Na surówkę natrafiono przez zupełny przypadek podczas poszukiwania zapisu w lepszej rozdzielczości jubileuszowego filmu o zimowej ekspedycji na Lhotse. Okazało się, że Kanadyjczycy mają jakieś stare kasety z Polakami w górach. Po analizie okazało się, ze to nie Lhotse a K2. Od słowa do słowa od czyni do czynu doszło do realizacji filmu przy udziale Fundacji Andrzeja Zawady i przepięknej Anny Milewskiej-Zawady.

W filmie wyodrębniony został genialny i niezwykle emocjonalny wątek równoległego ataku Macieja Berbeki i Alka Lwowa na Broad Peak. Ponoć syn Maćka realizuje dokument o swoim ojcu. Tam mają się znaleźć fragmenty wywodów odnalezione w Kanadzie. Film może pojawi się gdzieś w telewizorze. Polecam całą swą mocą i górską zajawką!

Siłą rzeczy premiera tego filmu z okazji XXX-lecia pierwszej zimowej ekspedycji na Czogori odbyła się w nieprzypadkowym terminie. Za miesiąc ruszy trzecia polska zimowa wyprawa na K2. Jeśli nie my to kto! #K2dlaPolaków

zonaurbana.pl