W upale ryby nie żerują

Uwielbiam Mokotów. Tu się urodziłem, wychowałem, a po dziesięcioletniej przerwie – wróciłem z poczuciem ogromnej ulgi. To dzielnica Warszawy trochę dziś okrojona, choćby oddzieleniem się Wilanowa i Ursynowa. W podstawówce chwaliłem się, że gdyby Mokotów ustanowić oddzielnym miastem, byłby podaj piątym co do wielkości w Polsce. To bez znaczenia, bo takie megalomańskie zapędy nie miały na nic przełożenia. Liczyły się tylko chwile spędzone na podwórku z koleżkami. Turnieje piłki nożnej, kiedy w niedziele grywaliśmy na tepci (TPD przy Konduktorskiej), na szkolnym (SP 98 przy G22). My (Nowe Grottgera, czyli południowa część ulicy) nie dysponowaliśmy gotowym boiskiem, więc mieliśmy swoje lokalizacje w Parku Promenada. Graliśmy na trzech. Pod gruszą, przy piaskownicy (placa zabaw tam dziś stoi z prawdziwego zdarzenia) oraz trawnik bez nazwy, pod rajskimi jabłonkami. Chyba już kiedyś o tym pisałem, nie brnę w futbolowe reminiscencje. Wczoraj nie które klimaty ożyły. Wracaliśmy z Bliszkami rowerami z przedszkola. Był postój na Placu Unii (odbiór zdjęć), następnie w zielonej budce (piszę małą literą, bo to już nie Zielona Budka sprzed lat) i na wyciskany soczek w piekarni. Następnie zjazd spacerową i zabawa przy powalonej brzo… yyyy, wierzbie. Poziom wody w oczku opadł drastycznie, ale nie przeszkadza to w moczeniu kija. Dwóch wędkarzy ze skupieniem śledziło losy spławików. Wysłałem Bliszki na przeszpiegi. W złym momencie, bo akurat panowie dokonali czynności poniższej:

moko

Nie zraziło to jednak moich synów. Okazało się, że panowie ryb nie złapali, bo jest za ciepło. W upale ryby nie żerują, ponoć.

Cwany Gapa mnie pytał

Muszę się ustosunkować. Z rzadka udzielam wywiadów, nie mam wprawy, stresuję się, jąkam, ale będzie lepiej, jeśli się jeszcze przydarzy. A niech się darzy, choćby z okazji urodzin dzisiejszych mych. Z tej okazji życzę sobie zdrowia i przygód.  Przez niektóre wątki przegalopowaliśmy jak w zbaraskiej szarży i chciałoby się pogłębić temat, bo naprawdę fajne tematy.

Wywiady z cyklu „Cwany Gapa” prowadzone przez mojego starego znajomego jeszcze z czasów Przeglądu Sportowego ukazują się w SportKlubie, a więc w telewizji, która pierwsza dała mi szansę na pogadanie widzom. Pierwsza moja robota komentatorsko-lektorska to programy o wyścigu Velux5Oceans (znane wcześniej jako BOC Challenge i Around Alone). Bodaj była to edycja 2006/2007. Potem się już jakoś potoczyło. W tym wywiadzie jednak nie tylko o gadaniu w telewizorze, ale przede wszystkim na stadionie Legii Warszawa, trochę o koniach i moim żeglowaniu. Do usłyszenia.

#ProjektPlaża – Stubai (dzień nr 2)

Tego dnia już na brak towarzystwa narzekać nie  mogłem. #ProjektPlaża potoczył się tego dnia już nie w opcji solo, a grupen. Na zgrupowanie Legii Warszawa przybyli prezesowie z synami i po sprawnym wypożyczeniu rowerów ruszyliśmy na trening piłkarzy. Następnie zjechaliśmy Fulpmes na lody i doskonałe espresso w samiuśkim centrum miasteczka (na rogu Medrazerstrasse i Herrengasse – polecam w stu procentach). Zacne! Bez dwóch zdań.

Kilka zdań podziękowań zaś należy się Kasi Gaczorek (Tirol Werbung) oraz Michaelowi Gstreinowi (Tourismusverband Stubai Tirol), którzy to w swojej wspaniałomyślności pomogli mi w tym wyjeździe. Dziękuję bardzo i polecam się na przyszłość!

stubai2

Potem powrót z kilkoma dobrymi przelotami w tempie rodzinnym, lotem kolegi przez kierownicę, gdyż zadzwonił do niego telefon i szukał palcami przycisku do zestawu głośnomówiącego na manetce hamulca przedniego. Twardy jest. Podniósł się niezwłocznie i to z dumnym uśmiechem oszołomienia po konkretnym locie. Nic to jednak, bo chwilę później, po lodach rozpoczęliśmy żmudną wspinaczkę pod Lodowiec Stubai. Upał niemiłosierny. Czacha dynia, siódme poty i dehydracja odmóżdżająca. Kilka pięknych zakątków na szczęście udało się odwiedzić, choć może to nie do końca precyzyjne określenie, za sprawą piękna ogólnego Doliny Stubai.

stubai3

Trasa podjazdu w stronę dolnej stacji lodowca – Mutterberger-Alm wchodzi w nogę na maksa. Można się zbułować doszczętnie. Przyznaję, że formy nie mam i nie pamiętam kiedy miałem ostatni raz. Plus git planeta, która kopsała żarem w samą głowę, tułów i kark i ręce i w płuca i w inne członki. Miałem kilka momentów, w których pretekst do zatrzymania był o włos. Zresztą, nie ukrywam, znajdowałem takowe. A to pić, a to słitfocia, a to urokliwy wodospad jeden z wielu, a to stado kóz. Kiedy dojechałem do momentu, że wszystkie te argumenty do postuju nałożyły się jeden na drugi, Żona zadzwoniła – Ukochana Moja Majówka. Bóg chciał, aby dopadła mnie telefonem akurat pod wodospadem na Grawa Alm. A tam gospoda. Przypadek? Stanąłem więc na popas zacny nie mogąc się oprzeć zapotrzebowaniu energetycznemu. Piwo zimne, jasne i pełne na pusty żołądek natchnęło mnie potrzebą zjedzenia Grestla Tyrolskiego, czyli takiego zasmażanego zestawu ziemniaków, szpeku, cebuli przykrytego sadzonym jajem, a wszystko to w przepysznym wydaniu z pięknym widokiem.

stubai4

Ponieważ głód nie ustąpił zbyt szybko poprawiłem sztrudlem jabłkowym pod pierzynką z bitej śmietany. Po chwili wsiadłem na rower i lotem błyskawicy dotarłem pod stację przebudowywanej właśnie gondoli na lodowiec. W związku z tym lodowiec jest zamknięty i się na nim tego lata nie jeździ, co ma oczywiście swoje dobre strony. Zjazd po takim wjeździe to czysta rozkosz innego rodzaju. Chłodniej, to fakt, i szybciej. Przy okazji zdążyłem do Kampl na zremisowany sparing z Dinamem Tbilisi. W nocy nastąpił mój odwrót w stronę Warszawy. Wcześniej, wieczorem jeszcze, załapałem się na kolację, na którą zaserwowano mi żabnicę, którą uznałem za najpyszniejszą rybę jaką jadłem. O nieprzypadkowej przepyszności żabnicy miałem przekonać już kilka dni później.

stubai5

stubaiTo na potwierdzenie dojazdu do dolnej stacji gondoli.

#ProjektPlaża w Stubaiu

Ależ dzień. Jednak ja jestem stworzy do hengałtowania w górach. Rano, tuż po śniadaniu, wypożyczyłem rower za sprawą biura promocji Stubaiu. Rower jak rower, MTB jak MTB, na dużych kołach, więc zacnie. Popędziłem od razu na trening piłkarzy Legii Warszawa, którzy szykują się tutaj do nadchodzącego sezonu. Trenują na boiskach lokalnego klubu z Neustift w pobliskim Kampl. Ciekawe, bo kilka osób pytało czy przyjechałem rowerem… Ponad półtorej godziny biegania z piłką w palącym słońcu i autokar szybko pojechał do hotelu na posiłek. Ponoć trenerzy Legii znają ten ośrodek. Byli tu z Anderlechtem w 2010 roku. Ten sam hotel, te same boiska.

Nie ociągając się podjechałem do Panoramabahn i wjechałem gondolą na 1790 m. To spot paraglide’owy a zimą oczywiście narciarski. Dziś były świetne noszenia i mnóstwo ludzi sobie latało. Widoki piękne. Sam z przyjemnością patrzyłem na ich starty, a potem jak unosili się w przestworzach. Cudo. Zjazd do doliny Karalm był… szybki. Dawno nie śmigałem po alpejskich szutrach, więc pierwsze odruchy nieco paniczne, ale szybko się przełamałem i znów poczułem rozkosz szybkości. Wszystko co rozkoszne kończy się błyskawicznie. Tym razem za sprawą rozpoczęcia wspinaczki właśnie do gospody na Karalm. Upał niemiłosierny wyżymał mnie  z ostatków wody. Na szczęście w górach o strumienie rwące nietrudno, więc piłem do woli i żyję. Na górze w schronie spożyłem gulaschsuppe. Tradycyjnie. Szybka sesja foto z Mistrzowską Flagą Legii i zjazd w dół, bo wpadłem na karkołomny pomysł, że podjadę jeszcze pod Schlick 2000. Nawet trochę mnie się udało, ale ponieważ musiałem jeszcze się trochę opalić, zawróciłem i pojechałem na popołudniowy trening. Niestety strava, na której staram się rejestrować co poniektóre przeloty nie zarejestrowała ataku na Schlick i się trochę fqrzyłem.

 

Stwierdzam definitywnie, że kolarstwo to sport towarzyski.

Znajomi dopytują jak warunki na lodowcu. A ja nie wiem, gdyż na rowerze się skupiłem. Jedno jest pewne, że wyciągi nie chodzą za sprawą budowy nowej kolejki…

 

Tyrolski wypad dwudniowy

Jak sam tytuł wskazuje, wyjazd do zbyt długich nie należy. Pretekst: zgrupowanie Legii Warszawa w tyrolskiej miejscowości Neustift.

To główne miasteczko w popularnej Dolinie Stubai zwieńczonej ośrodkiem narciarskim z genialnym lodowcem.  Mekka narciarzy. Byłem tu onegdaj na niezwykle sympatycznym wypadzie freeride’owym wraz z red. Burnetką Krzysztofem. Naszym przewodnikiem był wówczas lokales Patrick Ribis – szef Stubai Freeride Center. Aleśmy wtedy pojeździli!  Opisywałem wrażenia wówczas na bieżąco na blogu Skifighters.pl. Patrick nakręcił wtedy fajny filmik, który jednak zniknął z sieci. Przynajmniej ja nie mogę go namierzyć.

Jak już wspomniałem będę na Sztubaju krótko, ale intensywnie. Plan jest na wypożyczenie roweru z samego środowego rana i spędzenie na nim dwóch najbliższych dni. Jutro rekonesans połączony z oglądaniem obu treningów piłkarzy Legii. W czwartek zaś coś poważniejszego (albo i nie) w towarzystwie prezesów Legii. Okaże się. Niewiadomą jest również wybór roweru… szosa czy MTB, szosa czy MTB?

 

X Regaty – Memoriał kpt. Jacka Pawluka

Wynik sportowy schodzi na drugi plan,bo niemal wszystko co się wydarzyło w ostatni weekend stanowiło pokaźny sukces. Wystartowaliśmy w jubileuszowych X Regatach -Memoriale Kapitana Jacka Pawluka. Wystartowaliśmy rodzinnie,tzn z Majówką i Bliszkami. Załogę uzupełnił Pantera, czyli Tomek Wroblewski. To dzięki Niemu w miarę panowaliśmy nad łódką. W miarę, bo sobota zaczęła się od kilku awarii…

Chłopcy spisali się na medale, które zresztą zawisły na Ich szyjach.  Mimo że zajęliśmy jedenastej miejsce, satysfakcja ogromna. Bo zachowywali siwlę jak małe przekocurki. Marudzenie ograniczyli do minimum, a to najważniejsze, bo wykazali się dzielnicą nie lada.

Startowaliśmy w barwach Legii Warszawa, stąd jedyny mankament. Bo startując jako Legia nie powinniśmy przegrać. Regaty wygrał syn Jacka, Kuba Pawluk. Też kapitan i to Bomba. Żeglował doskonale, mając w załodze m.in. Adama Kajzera i znaczną część rodziny Pawluków. Gratulacje! Gratulujemy nie tylko zwycięstwa, ale nade wszystko świetnej organizacji i dbałości o genialną

czasowstręty

Dopadają mnie natrętne czasowstręty, że się pisać nie chce. Nie wiem co począć wówczas i nie próbuję wiedzieć. Nic nie przemawia od środka. Nic nie skutkuje, bo prób nie ma, sił nie ma.

Muszę przetrwać, przeczekać, przygodę przeżyć, baterię podładować. Kilka miesięcy ciągłego stresu potrzebują ujścia i sobie radzą, obezwładniając moje palce przed myśli przekazywaniem.

Zanurkował by człowiek w głębinę. Albo pogalopował w siodle gdzie pieprz rośnie. W góry jakie, albo na morze cielosność swą powierzył. Na wiatr. Na mróz. Na alergenów działanie. Przygody potrzeba, przygody.

Dużo się wydarzyło. Dużo ważnego.

To najszczególniejszy maj w moim życiu. Może maj w ’94 miał też swoją rangę, bo zdawałem wówczas maturę. A może maj ’98, kiedy służyłem pod Zbarażem w oddziale przybocznym Namiestnika Chorągwi Pancernej imć Skrzetuskiego? Chodzi tu o moje statystowanie w scenach batalistycznych na planie filmu „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana.

Maj 2016 był majem wyczekanym, mimo że wciąż jeszcze trwa. Stulecie Legii narzucało na Klub ogromną presją związaną z wewnętrznym przymusem zdobycia mistrzostwa Polski w futbolu. Nieprzewidywalność sportu w ogóle i piłki nożnej w szczególe dała się wszystkim we znaki, bo nerwy mieliśmy napięte na postronki i choć wiele osób robiło dobrą minę, to niepokoje targały nami wszystkimi.  Najpierw jednak piłkarze wywalczyli Puchar Polski (2 maja!), a potem po mistrzowsku zwyciężyli rozgrywki ekstraklasowe (15 maja). Kilka miesięcy ogromnego napięcia kibicowskiego, które nie do końca pozwalało złapać właściwy dystans do pracy, powodowało nagromadzenie różnych stresów. Dopiero po efektownym zwycięstwie w ostatnim meczu (z Pogonią 3:0) dało poczucie niewiarygodnej ulgi. Wymarzona feta, wymarzony dublet i kilka dni powolnego zejścia emocji. Mistrzostwo otwiera przed Legią furtkę do Ligi Mistrzów. Trzeba tylko wygrać kilka meczów.

W kwietniu na Stadionie Legii odbyło się uroczyste i oficjalne nadanie południowej trybunie imienia Lucjana Brychczego. W wydarzeniu udział wzięły Bliszki. Za cały komentarz sytuacji, niech wystarczy to zdjęcie:

Fot. Jacek Prondzynski

Cieszę się, że biorę w tym całym jubileuszowym zamieszaniu udział. Jestem spikerem najlepszego, największego Klubu w Polsce. Jestem szczęściarzem.

2015-11-21 legia - slask wroclaw MK 136 urbanowicz jurkowski

Dym na trzydziestolecie Czarnobyla

Dziś rocznica eksplozji reaktora w Czarnobylu. Dziś otrzymałem wydawnictwo „DYM”, czyli wywiad graficzny z Pablopavo. Za treścią stoją Marcin „Flint” Węcławek i Marcin Podolec. Pierwsze wrażenia rewelacyjne, mimo że większość kawałków muzycznych znanych mi było wcześniej, w bonusie są „Wszystkie neony” oraz kawał książki w sensie komiksu. I znów wyrażę pierwsze wrażenie, bo nie przeczytałem jeszcze… Cudeńko. Na zajawkę klip z tytułowym kawałkiem.

 

26 kwietnia 1986 roku wylegliśmy na „wybieg” szkoły nr 233. Trenowałem pływanie na „Polonii” i mimo że dostawaliśmy w kość na treningach mieliśmy mnóstwo energii, aby grasować po Nowym i Starym Mieście. Bawiliśmy się w podchody zostawiając strzałki na kocich łbach, właziliśmy w najdziwniejsze zakamarki, wcinaliśmy bułki z pieczarkami na Nowomiejskiej albo lody tamże. Potem pamiętam, że pojono nas jakimś paskudztwem tłumacząc, iż to Płyn Lugola (łac. Iodi solutio aquosa) i że ma to nam życie uratować, bo chmura po eksplozji nadciągnęła nad Warszawę i że wszyscy mamy przechlapane. Promieniowanie miało nas załatwić na amen, sami czuliśmy, że stajemy się mutantami popromiennymi z wypryskami na skórze, wyrastały nam dwie głowy. Z perspektywy czasu okazało się, że powszechne podawanie dzieciom płynu nie miało większego sensu, co przyznał sam autor tego pomysłu:

(za wikipedią):

Płyn Lugola, na wniosek specjalistów z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie ze Zbigniewem Jaworowskim na czele[2], zaaplikowano bezpłatnie wielu obywatelom, szczególnie dzieciom, w całej Polsce w roku 1986 po wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu w celu zapobieżenia wchłanianiu radioaktywnego izotopu jodu 131I z opadów promieniotwórczych powstałych w wyniku wybuchu i pożaru elektrowni. Nadwyżki jodu przyjęte w płynie Lugola skutecznie powstrzymywały wbudowywanie radioaktywnych izotopów jodu w hormony tarczycowe – tyroksynę i trójjodotyroninę (profilaktyka raka tarczycy). Był to jeden z przypadków w PRL, kiedy władze polskie mimo początkowych oficjalnych zaprzeczeń strony radzieckiej podjęły działania wbrew ich zaleceniom, ale w interesie własnych obywateli.

Zastosowanie płynu Lugola, z perspektywy czasu, było w opinii samego Jaworowskiego niekonieczne – w rozmowie z dziennikarzem „Polityki” stwierdził w 2006: „…gdybym miał wówczas obecną wiedzę na temat skali skażeń i tego, co dokładnie wydarzyło się w czarnobylskiej elektrowni, nie rekomendowałbym nawet podawania ludności płynu Lugola”. Główną motywacją tego działania była całkowita blokada informacyjna ze strony ZSRR – naukowcy nie znając prognozy nasilenia promieniowania brali pod uwagę najbardziej pesymistyczny wariant.

zonaurbana.pl