Freeride – free your mind

Jazda po trasach narciarskich ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że jest fajnie. Minusem zaś że nie za bardzo. To znaczy obok tras fajniej, w tym sensie. Czasem wyjdzie z tej mojej/naszej jazdy coś fajoskiego. Pewnego razu, jeszcze za czasów pracy w Legii, udało mi się wycyganić od kolegów z działu wideo kamerkę. Trafił nam się jeden dzień pogody. Kolejnego już mgła i padaka z nagrywania. Nie mogę się zbytnio rozpisywać gdzie jeździliśmy z kilku względów.

Zatem kamerowałem ja, jeździł Bodek Leśnodorski, a montował Tomasz Sejbuk. Filmik sprzed dwóch zim. Polecam!

Zdjęcie główne pochodzi z wyprawy „K2 Ski Challenge”.

Będę się bronił!

Kolejny tekst  z przeszłości, a dokładnie sprzed czterech lat. Stąd też ich tego i poprzedniego) wątpliwa aktualność. Ale i tak są ciekawe.

 

3, 1, 4, znowu 1, 3 i w końcu… 12. Nie, to nie kombinacja liczb do jakiejś loterii, tylko pozycje jakie zajmował w poszczególnych sezonach Freeride World Touru Aurelien Ducroz. Do tego wszystkiego należy dodać dziesięć podiów w Pucharach Świata, w tym cztery zwycięstwa. Dwukrotny mistrz świata w ostatnim sezonie zaliczył najsłabszy wynik w historii swojej kariery. Czyżby był na zakręcie? Czy jest reliktem poprzedniej dekady? Nie wydaje się, by zaprzestał dobrze jeździć. Wciąż potrafił zbliżyć się do najlepszych wyników, ocierał się o podium. On wzdryga się przed takimi obserwacjami, choć wnioski wyciągane na podstawie gołych wyników są dla niego bezlitosne. Wciąż twierdzi, że niesamowite wyznaczane jego nartami na najbardziej niedostępnych ścianach najwyższych gór to jego druga natura. To natura, którą przesiąkł od swojego ojca, który w cieniu Mont Blanc czy też w pełnym słońcu na zboczach najwyższego szczytu Alp był przewodnikiem górskim. A jednak ciężar jego kariery coraz bardziej przenosi się na drugą z pasji pochodzącego z Chamonix Francuza. Żeglarstwo oceaniczne jest sportem na pewno nie mniej złożonym od narciarstwa ekstremalnego, a prawdopodobnie o wiele bardziej. Trudno się dziwić, że Aureliena ciągnie na ocean. To druga część jego natury, którą zawdzięcza dziadkowi. Jego praszczur dysponował jachtem na Morzu Śródziemnym. W końcu niczym piękny flash back powróciło żeglarstwo. Najpierw padło na klasę Mini. To 6,5 metrowe, niezwykle dzielne i szybkie jachty transoceaniczne. Służą do żeglugi solo. Po nieudanym występie w wyścigu przez Atlantyk – Mini Transat – Ducroz nie poddał się. Ba! Rozwija skrzydła. Wsiadł bowiem na klasę, która bardzo dynamicznie się rozwija. Class40 z kolei to łódź dla dwóch osób. Już niektóre eliminacje Mini wymagają dwuosobowej obsługi łodzi. Być może wtedy właśnie nabrał przekonania, że w duecie lepiej. Class40 połączyła go z Yannickiem Bastavenem i to z nim wystartowali w regatach z francuskiego La Havre do brazylijskiego portu Itajai. Wcześniej brał udział w treningach z młodym francuskim żeglarzem Francoisem Gabartem. Ten jest zwycięzcą ostatniej edycji Vendee Globe – a więc samotniczego wyścigu okołoziemskiego (bez zawijania do portów ani bez pomocy z zewnątrz). Co ciekawe Gabart na swoim jachcie Macife (klasa IMOCA) startuje również w Transat Jacques Vabre, a jego partnerem jest profesor solowego żeglarstwa Michel Desjoyeaux. Po takiej lekcji Aurelien może być na pewno spokojniejszy o swój poziom. Dużo tego żeglarstwa, lecz co z nartami? Na tę chwilę nie ma nazwiska Ducroz wśród uczestników Freeride World Touru na sezon 2014. Miejmy nadzieję, że ten stan się szybko zmieni, zaraz po zakończeniu regat w Brazylii. Twierdzi: Poziom rywalizacji wciąż się podnosi, a młodzi narciarze nie ustają w poszukiwaniu nowych środków freeride’owej ekspresji. Ja jednak ciągle się uczę i mierzę w obronę tytułu!

Wieśniak w mistrzowskiej koronie

Jakiś, bliżej nieokreślony czas temu, pisałem takie teksty. Były one drukowane na papierze w Adventure MAG (biuletyn wydawany i kolportowany przez sklepy Adventure Sports). Popełniłem tam m.in. takie oto działo na temat pewnego kosmity. Poczytajcie, bo pewnie nie każdy załapał się na papierowe wydanie.

Wierzy w to co robi. Poświęca się temu w całości. Czy to chodzi o ski-alpinizm, czy też warzenie sera, z którego właściwie żyje. William Bon Mardion jest zwykłym człowiekiem. Zwykłym zawodnikiem teamowym (ambasador firm Dynastar i La Sportiva). Tak zwykłym, jak tylko się da. Żyje z zegarkiem w ręku, bo dzięki precyzji w planowaniu dnia, realizuje założenia. Pracuje od – do. Trenuje od – do. Reszta to czas dla siebie samego, co w zasadzie znaczy: dla rodziny.

Dzięki systemowi i, co naturalne, darowi bardzo solidnych warunków fizycznych (187 cm wzrostu, 80 kg wagi) wspiął się na dosłowne wyżyny narciarstwa wysokogórskiego. Koszt sukcesów jednak jest niesamowity.

W dni powszednie wstaje o czwartej rano. Pracuje do 14.40, o 15.30 wychodzi na trening. Musi zdążyć do 18.00, bo wtedy odbiera dziecko ze żłobka. O 20.00 jego dziewczyna wraca z pracy i do tego czasu on zajmuje się bobasem. Kładzie się o 22.30. Uwielbia za to dni, kiedy nie musi pracować. W łóżku „wyleguje się” do 7.30, by trzy godziny później wyjść na długi trening. To właśnie logistyka czasowa stanowi jego największe wyzwanie. – Timing przede wszystkim. Organizacja czasu pomiędzy prace, trening i życie rodzinne… to bardzo cienka linia, po której stąpam. Jeśli momentami zastanawiam się, czego brakuje mi by poprawić się jeszcze jako zawodnik to… decyzji o przerwaniu pracy. To jednak nie jest takie proste. Mogę bowiem więcej czasu poświęcić na trening, ale kosztem czegoś. Z domu nie zrezygnuję – przyjemnie usłyszeć taką deklarację…

Na tę chwilę idzie mu bardzo dobrze. Na ostatnich mistrzostwach świata wywalczył cztery medale. Dwa złota – w wyścigu indywidualnym oraz drużynowym, a także srebro w kombinacji i brąz w sztafecie. Jednak sprawy nie mają się tak prosto, jak w przypadku pozostałej części światowej czołówki. W pierwszej dziesiątce Pucharu Świata jest tylko dwóch zawodników, którzy mają dzieci i pełnowymiarową pracę. Właśnie William i Pietro Lanfranchi. – Dążąc do ideału, brakuje mi czasu by więcej trenować i odpoczywać – twierdzi nasz bohater. Pamiętajmy bowiem o jakże prostej prawdzie: w życiu sportowca trening jest równie istotny co odpoczynek. Jeśli się odpowiednio nie zregenerujemy, odbije się nam to czkawką.

Co się działo poza mistrzostwami w ostatnim sezonie? Pierra Menta to nieoficjalne mistrzostwa świata. Najbardziej prestiżowy z wyścigów skitourowych. Cztery dni (przynajmniej), cztery etapy i dziesięć tysięcy metrów przewyższeń pozytywnych, czyli do wdrapania się w pionie. Kilkukrotnie stawał na podium, w końcu wygrał. A dlaczego nie, w końcu to jego podwórko. Mieszka w tamtym rejonie. To jego własne podwórko. Pierra Menta to czwarty najwyższy szczyt Masywu Beaufort (2714 m). William ściga się w parze z Mathéo Jacquemoudem. O tym wyścigu mówi się Tour de France skialpinizmu. Rozgrywany jest od 1986 roku. Trofeo Mezzalama – kolejny z genialnych wyścigów skitourowych (trzyosobowe składy; 45 km i 2862 m przewyższenia dodatniego) – miejsce drugie. Takie przykłady da się mnożyć. Recepta? W sieci można znaleźć film kręcony kamerką umieszczoną na kasku Williama. Wynika z niego, że podejścia stanowią domenę Mathéo. Na górze następuje zmiana i to Bon Mardion przejmuje stery. Wniosek: na skręcanie i hamowanie szkoda czasu. Mówi się, Francuz doszedł do wniosku, że podejście… podejściem. Tutaj poziom jak wysoki by nie był, na tym najwyższym poziomie i tak będzie w miarę wyrównany. Rezerwy jednak znajdują się jeszcze właśnie w zjazdach i na tym polu postanowił wyszukać niszę, po czym wykorzystuje ją do cna. Mimo że największe wyścigi odbywają się na zasadach zespołowych (ekipy złożone przynajmniej z dwóch zawodników), jego największym celem było zdobycie złota mistrzostw świata w konkurencji indywidualnej. – Zespół to zespół, radość jest wielka, lecz prawdziwy duch rywalizacji to walka z samym sobą. Pokonać rywali można dopiero pokonawszy samego siebie. Dlatego tak zależało mi by wygrać w solowej rywalizacji, bo to tutaj ogłaszany jest najlepszy narciarz świata – tłumaczył.

Największego szczęścia doświadczył na mecie, gdzie czekała na niego dziewczyna z synkiem. W końcu oni uczestniczą w jego treningu jak nikt i codziennie go wspierają. Oni byli częścią tego wielkiego sukcesu.

 

Stara Roztoka 21-22-23 listopada ’17 r.

Poprzedni pobyt w Starej Roztoce pozostawił we mnie głęboki ślad. Pisałem o tym, chwilę po powrocie do Warszawy. Nie potrafię wyjaśnić z czego wynika ten pokład emocji związany z tym starutkim schroniskiem im. Wincentego Pola. Na pewno elektryzujący jest powód, dla którego tutaj przyjeżdżam, czyli wywiady z Januszem Gołąbem, które nagrywam jako materiał do książki o wielkościanowej wspinaczce Janusza.

(Improwizowane podejście pod Szpiglasową Przełęcz, fot. Piotr Deska/dhclimbing.com)

Tym razem zrezygnowałem (z przyczyn obiektywnych) z dojazdu Pendolino do Krakowa i stamtąd busem do Zakopanego. Wsiadłem za to w nocny pociąg (odjazd z centralnej o 23:05) i dojechałem sobie na siódmą rano kuszetką wyspawszy się przednio (sic!). Autobusy teraz odjeżdżają z placu przed dworcem kolejowym. Te jadące na Palenicę Białczańską („kierunek Morskie Oko”) ruszają ze stanowiska nr 1. Bilet 10 zł od osoby, niespełna 40 minut i jesteśmy na parkingu na Palenicy. Miałem dwa plecaki i narty, więc zbyt szybko nie maszerowałem. Do tego coś mi się buty ślizgały. Niby porządne, pancerne, a tu włączył mi się Grzegorz Filipowski i niewiele brakowało, a palnąłbym efektownego rittbergera, albo inną ewolucję niemniej karkołomną wcale. I to po wielokroć. Do Roztoki dotarłem około 10:40. Okazało się, że obuw zabezpieczony przed #K2SkiChallenge to buty na wiosenno-jesienne wspiny z bieżnikiem nijak nie pasującym na zimowe łażenie po lodzie.

(Janusz Gołąb w kluczowym żlebie pod Szpiglasową Przełęczą walczy, fot. Dariusz Urbanowicz)

Okoliczności przyrody w Roztoce i tego, no, niepowtarzalne, prześliczne, magiczne. Pod „przyciętym modrzewiem” stoi kilka bałwanów. Lata niepokojąco para sójek. Dach z wykuszami przysypany śniegiem. Dym z komina unosi się niemal pionowo. Biało, choć mróz już puszczał i odczuwało się odwilż. Okazało się, że Janusz Gołąb ze Stefanem Krupą, który gazduje w Roztoce, wyszli na narty około dziewiątej rano. Nie doczekali się mnie, niestety, bo wycieczkę urządzili sobie przednią. Zameldowałem się z ambitnym planem wyruszenia w ich ślady. Jednak poszli w miejsce, gdzie nie do końca mi się śpieszyło i tak jakoś przypomniało mi się, że trochę chorowałem, że trochę nieprzespana noc i tak jakoś oczy mi się przymknęły i dopiero mnie Janusz obudził po powrocie. Pod względem sportowym ten dzień spisałem na straty. Trudno się mówi i wierzy w fajne wydarzenia dalej.

(Samojebka z Januszem Gołąbem na Szpiglasowej Przełęczy)

 (Szpiglasowa Przełęcz, fot. Dariusz Urbanowicz)

Środowy poranek powitał nas ścianą deszczu i sporym kawałem wczorajszego imieninowego tortu Janusza. Takie śniadanie. Lało, zatem gadaliśmy. To znaczy Janusz nawijał o wyprawach przez dobre sześć godzin, wspominał niesamowite ekspedycje, a ja patrzyłem na dyktafon i sprawdzałem czy aby baterii wystarczy. Popołudniową porą nie wytrzymałem i wybrałem się na potruchtanie. Wyszło mi dziesięć kilometrów w tych butach Salomona, ale założyłem raczki. Egzamin zdany perfekcyjnie. Wieczorem Józek (siedmioletni synek gazdów Ani i Stefana) urodzinował. Kupiłem mu zestaw pingpongowy (rakietki, piłki i siatka), więc trochę stukało się na świetlicy. Przy okazji pogawędki, odwiedziny dwóch rendżersów (jeden gaduła, drugi wręcz przeciwnie) i tak jakoś minął wieczór. Siedziałem jak na drożdżach, o pardon, jak na szpilkach. Do Roztoki przybył bowiem Piotrek Deska – fotograf robiący zdjęcia (głównie wspinaczkowe) dla La Sportivy, Black Diamonda, a nade wszystko dla 8a.pl, czyli dla sponsora Janusza Gołąba. Postanowienie mamy następujące: zbiórka o 4 rano i ciśniemy na wschód git planety na Szpiglasową Przełęcz. Zdjęcia na podejściu, na przełęczy „powitanie słońca”, potem sesja na zjeździe i specjalne foty produktowe pod kątem 8a.pl. Zasypiam na szybko, bo krótka będzie ta noc.

(Sesja produktowa dla 8a.pl, w akcji Piotr Deska, model Janusz Gołąb, fot. Dariusz Urbanowicz)

(Janusz Gołąb z nieodłączną kamerką gopro, w tle Dolina Pięciu Stawów Polskich, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przed zaśnięciem dokonałem analizy kulinarnej. W roztoczańskiej kuchni rządzi niepodzielnie ciotka Renata. Ciotka gotuje „jak u mamy”. Czego się nie dotknie, w przepyszność się zamienia. Po wielokroć ekscytowałem się poziomem kulinarnym w Austrii, jako że wielokrotnie wyjeżdżałem tam sobie w celach turystycznych. Tamże w każdym górskim schronisku (czy raczej chacie) można zjeść calutkie niebo w gębie. Utyskiwałem jednocześnie, że w polskich schroniskach z jedzeniem najlepiej nie bywa. Zmieniam zdanie stanowczo, za sprawą kulinarnych doznań właśnie w Roztoce. Przy każdym posiłku bowiem załapywałem się na nieba w gębie, całkowicie zdając się na Zosię. To ona typuje potrawy, a ja posłusznie zajadam z trzęsącymi uszyskami. Zatem wśród wielu przepyszności z rozmarzeniem wspominać zawsze będę krokiety, kluski śląskie, gołąbki, okolicznościową pizzę (i tort!) z okazji urodzin Józka (gazdy juniora). Mógłbym tak długo wymieniać, bo lista dań obszerna i w ciemno da się trafić w jakiś delikates. Tak rozmyślając usnąłem.

(Torujący Piotrek Deska, fot. Dariusz Urbanowicz)

Pobudka była brutalna. Dźwięk alarmu postawił na proste nogi nie tylko mnie, ale i Piotrka, który spał za ścianą. Szybko się zorganizowaliśmy na tyle, że o 4:30 spor Morskiego Oka ruszyliśmy już na nartach pod górę, w stronę Szpiglasowej Przełęczy. W trakcie marszu okazało się, że wschód zastał nas znacznie poniżej planowanego miejsca. Byliśmy Za Mnichem i tam, w Kotłach Miedzianego wykonaliśmy kilka kontrolnych podejść i zjazdów, aby Piotrek mógł odpowiednio mistycznie naświetlić „kliszę”. (Tak, wiem, że robił zdjęcia cyfrowe).  Pamiętam jego zdjęcie, które zrobił Januszowi o wschodzie na Rysach. Wtedy wyruszyli o 2 w nocy, by zdążyć. Jeśli i tym razem uda się takie zdjęcie, będę dumny jako mistrz drugiego planu. Podczas jednego z owych zjazdów zgubiłem talerzyk. Co prawda odnalazł się dzięki sokolemu wzrokowi Janusza, ale po trekkingu na Baltoro nie nadawał się do użytku. Musiałem iść bez talerzyka, co skończyło się przedziwnym upadkiem i w efekcie złamaniem kijka. Drałowałem więc tylko z jednym, ale na szczęście w końcówce podejścia pod Szpiglas Janusz pożyczył mi swój. Za nami napierał Piotrek dźwigając dwudziestokilogramowy plecak ze sprzętem foto zazdraszczając nam lekkości przemieszczania się na nartach. On maszerował zapadając się przynajmniej po kolana w śniegu.

(Jeden z efektów sesji Piotra Deski z dhclimbing.com -> jestem modelem!)

Aura sprawiła nam konkretnego psikusa. Po silnej odwilży ścisnęło mrozem, powiało wiatrem i wytworzyła się warstwa lodoszreni. W moim odczuciu to najtrudniejsze z możliwych warunków narciarskich poza trasami. Narty bowiem grzęzną i jadą na wprost bez najmniejszej woli skręcania. A jak już skręcą, to wymuszają rozbicie sylwetki, co często kończy się utratą równowagi i glebą. Po kilka dziś razy wpadałem mimowolnie gębą w śnieg. Całodzienny skitur był wspaniały, mimo trudności na zjazdach. W międzyczasie zatrzymaliśmy się na dobrą godzinę na Szpiglasowej Przełęczy. Błękit, świetnie widoczne Tatry, można stać i tylko patrzeć. Przede wszystkim jednak dostaliśmy się tu w celach fotograficznych (ciąg dalszy sesji, w którą planowali Piotr z Januszem). 

Z wielką radością wracałem do Roztoki by podzielić się wrażeniami. Tam czekały na mnie dwa gigantyczne gołąbki ze specjalną dedykacją od ciotki Renaty. Umęczyłem się przeokrutnie,  lecz jednocześnie dzień uszczęśliwił mnie jeszcze przeokrutniej. Taki to sport.

(Gołąbek z Roztoki, fot. Dariusz Urbanowicz)

Przygotowuję wpis o Starej Roztoce, o klimacie, o kilku aspektach historycznych. Trzymajcie kciuki.

U Hermanna Maiera na rewirze

Wciąż zalegam jeszcze z jednym wpisem odnośnie ostatniego wyjazdu w Tatry, a dokładnie do Starej Roztoki. Myślę, że jutro go wrzucę. Tymczasem dziś spotkałem się z szefami marketingu Styrii, a więc bodaj najbliżej Polski położonego regionu narciarskiego w Austrii. Okoliczne ośrodki połączone są pod znaną w Polsce nazwą Ski Amade. Mam spory sentyment dla tego regionu, za sprawą wyjazdu rowerowego sprzed kilku lat. Zatrzymaliśmy się wtedy najpierw w Filzmoos, a potem w Radstadt, w miasteczku, w którym w alei gwiazd wmurowana została gwiazda Hermanna Maiera. Ten jeden z najwybitniejszych narciarzy w historii pochodzi z pobliskiego Flachau. W tej miejscowości odbywa się spektakularny, wieczorny slalom Pucharu Świata. Podobnie zresztą jak w pobliskim Schladming. Nocne wyścigi najlepszych narciarzy cieszą się ogromną popularnością. Na trybunach i wzdłuż tras pojawiają się dziesiątki tysięcy kibiców. Uwielbiam je komentować!

(Na zdjęciu Nicole Schmidhofer podczas supergiganta mistrzostw świata w Sankt Moritz, kiedy to dość nieoczekiwanie zdobywała w poprzednim sezonie złoty medal. Austriaczka firmuje tamtejszy region Murtal)

PŚ w slalomie kobiet – 9 stycznia 2018 r.
PŚ w slalomie mężczyzn – 23 stycznia 2018 r.

Narciarsko jednak tego rejonu zbyt dobrze nie miałem okazji poznać, więc nie rekomenduję tutaj niczego szczególnego. Choć wiele dobrego się słyszy w kontekście narciarstwa zjazdowego  Czego się dziś dowiedziałem na konferencji Steiermarku? Otóż Polacy lubią Ski Amade. Przekonują o tym liczby noclegów i kwoty zostawiane na miejscu przez turystów. Większość narciarzy traktuję tę aktywność jako pretekst do wyjazdów rodzinnych. Na miejscu zatem można się zapoznać z bogatą ofertą właśnie od kontem dzieci. Nie będę się tu zbytnio rozpisywał, cobyście po prostu kliknęli w stronę Ski Amade i poszukali tego, co Was najbardziej interesuje.

Pozwolę sobie przypomnieć filmik nakręcony przez Adama Jurowskiego podczas naszej wspólnej Austrostrady z 2011 roku, czyli wyprawy rowerowej po najciekawszych miejscach Austrii. Między innymi byliśmy właśnie pod Dachsteinem na niesamowitych przelotach!

K2 dla Polaków

Tytuł mówi wszystko i to nie tylko zaklinanie rzeczywistości. Zimowe zdobywanie najwyższych wierzchołków stało się polską domeną. To Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy pierwsi stanęli na Evereście i był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty właśnie zimą. Polacy pierwsi łamali bariery wyobraźni i możliwości przekraczając granice wzwyż.

Wczoraj w kinie Luna odbyła się premiera filmu „ZIMOWA WYPRAWA K2 1987/1988”. Miałem wtedy niespełna trzynaście lat. Film zrealizował Dariusz Załuski, którego poznałem na wyprawie Jędrka Bargiela właśnie na K2. Sam jest zdobywcą Czogori. Świetny, wrażliwy filmowiec a do tego bardzo dobry wspinacz. Film opowiada historię pierwszej próby zdobycia Góry Gór zimą. Trochę jest do śmiechu, trochę momentów wzruszających też się znajdzie. Materiały filmowe zostały nagrane podczas wyprawy, delikatnie tylko uzupełniono je o współczesne wywiady. Na surówkę natrafiono przez zupełny przypadek podczas poszukiwania zapisu w lepszej rozdzielczości jubileuszowego filmu o zimowej ekspedycji na Lhotse. Okazało się, że Kanadyjczycy mają jakieś stare kasety z Polakami w górach. Po analizie okazało się, ze to nie Lhotse a K2. Od słowa do słowa od czyni do czynu doszło do realizacji filmu przy udziale Fundacji Andrzeja Zawady i przepięknej Anny Milewskiej-Zawady.

W filmie wyodrębniony został genialny i niezwykle emocjonalny wątek równoległego ataku Macieja Berbeki i Alka Lwowa na Broad Peak. Ponoć syn Maćka realizuje dokument o swoim ojcu. Tam mają się znaleźć fragmenty wywodów odnalezione w Kanadzie. Film może pojawi się gdzieś w telewizorze. Polecam całą swą mocą i górską zajawką!

Siłą rzeczy premiera tego filmu z okazji XXX-lecia pierwszej zimowej ekspedycji na Czogori odbyła się w nieprzypadkowym terminie. Za miesiąc ruszy trzecia polska zimowa wyprawa na K2. Jeśli nie my to kto! #K2dlaPolaków

50-lecie SP 263

Dziś odbył się pierwszy akord obchodów półwiecza Szkoły Podstawowej nr 263. Podsumowanie sezonu sportowców z mojej starej szkoły. A trzeba im przyznać, że osiągnięciami imponują. UKS G8 Bielany Warszawa w klasyfikacjach małolatów wygrywa wiele klasyfikacji przede wszystkim w pływaniu i pięcioboju nowoczesnym, a także w biathlonie i taekwondo olimpijskim. Na czele szkoły stoi od lat dyrektor Jan Orłowski. W moich czasach był naszym nauczycielem wychowania fizycznego. Potem dość szybko został dyrektorem sportowym (mogę przekręcać brzmienie tej funkcji), a potem już dyrektorem całego zamieszania. Trzeba pamiętać, że nasz rocznik kończył podstawówkę w 1989 roku. Panu dyrektorowi zebrało się na wspominki w „mówię końcowej” dzisiejszej akademii i raczył nas nieco odmłodzić stwierdzeniem, że było to „z dwadzieścia lat temu”. Zatem Panie Dyrektorze, było to trochę dawniej.

Pozwolę sobie tutaj zebrać część naszej historii. Może się komuś przyda, może ktoś inny się uśmiechnie na wspomnienie i uroni łzę nad marnym losem człowieka wciśniętego w tryby machiny czasu…

W każdym roczniku były trzy klasy. A, B i C. C to pion klas sportowych. Do tych klasy ponoć były nabory (przed klasą IV). Ja miałem o tyle ułatwione zadanie, że pływałem bardzo dobrze (jak na dzieci, które uczyły się od czwartej klasy). Wręcz aby podtrzymać poziom wytrenowania musiałem chodzić na treningi z kadrą na Łazienkowską. Pływaliśmy pod okiem trenera Zbigniewa Pacelta w tej szklarni, w której kapały krople lodowatej wody na głowy i grzbiety. Do tego zdarzała się mgła na pływalni taka, że nie widać było na dziesięć metrów. Niewiele już pamiętam, ale majaczy mi się, że chodziliśmy prosto z treningów na mecze, jako zawodników żołnierze wpuszczali nas bezproblemowo na Żyletę. Potem jaraliśmy się przyśpiewkami i jazdą rozhuśtanymi autobusami. Te szkolne treningi pływackie (na basenie DW-Lotu przy ul. Lindego, co śmieszne tam teraz jest genialny obiekt i tam właśnie przeniosła się Szkoła Mistrzostwa Sportowego, czyli ogólniak który kończyłem) prowadziła pani Mirka Jakubowska. Młoda, ładna dziewczyna. Ponoć mieszka teraz w Zakopanem. Szermierkę mieliśmy z Pawłem Kikiewiczem – trenerem znanym pod ksywką „Kisiel” i z Oktawianem Sarną. Sporadycznie pojawiał się Sławomir Kopeć. Na konie jeździliśmy na Fort Bema raz w tygodniu, w piątki. Nie wiem, czy nie byliśmy jakoś podzieleni, że jeździło się co drugi tydzień… Pamiętam, że pierwsze kroki stawialiśmy na Herbie zwanym Gackiem, czyli pociągowym koniku polskim. To raczej była woltyżerka, gdzie każdy spadał po kilka razy podczas prób wsiadania. Rzucaliśmy w Herba grudkami ziemi aby brykał. Spadaliśmy jak ulęgałki, co bardzo nas śmieszyło. Nieśmiertelność 15/10. Pamiętam też konie Delikwenta, Dumkę, Dajkę, Juranda, Opla… Leciwy Opel ponoć wyłamywał (o czym miałem się przekonać trochę później) i wybił nawet jedynki starszemu koledze Krzysztofowi Tymendorfowi (ponoć został dzielnicowym gdzieś tam na rewirze). Strzelanie mieliśmy z trenerem Bartczakiem. Strzelaliśmy w szatni szkolnej, gdzie było kilka stanowisk do napiżania z broni śrutowej. Treningi z broni palnej mieliśmy już na Fortach Bema. Biegaliśmy z Oktawianem początkowo, bo pan dyrektor ani nasza wychowawczyni Mirka raczej biegiem długodystansowym się nie hańbili. Na każde wyjście ktoś dostawał smycz, a na jej końcu biegała Gaja. To wilczyca śp. pana Zbigniewa Kuciewicza. Pies zawsze pilnował osoby, która biegła ze smyczą w garści.

W naszym roczniku zdarzyło się kilku niezłych ananasów. Dziś obecny na uroczystości Igor Warabida to dwukrotny olimpijczyk (5. Atlanta 1996 oraz 15. Sydney 2000). Był mistrzem świata w sztafetach i drużynie. Generalnie cozagość. Mało kto w historii piecioboju ktokolwiek biegał tak szybko jak Igor. Dołączył do naszej klasie jakoś tak w czwartej klasie. Uciekał z Polonii pływackiej do pięciobojowej Legii. Igora nazywaliśmy Korkiem (z racji na niesamowitą pływalność) albo Kornikiem.
Z Konwiktorskiej uciekło jeszcze kilka osób. W tym ja, ale też znany socjolog i politolog dr hab. (o ile już nie profesor) Mikołaj Cześnik zwany Cześkiem, Szczurem albo Wodnikiem. Karierę sportową do dziś robi jego siostra Maria – wybitna triathlonistka. Ona zresztą również pływała na Polonii. Czesiek jest chyba jedynym naukowcem z naszego grona. Na Uniwersytecie Warszawskim obijała się też naukowo Inga Oleksiuk (zwana Pimpą), która dziś jest adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji w stopniu doktora. Ojciec Ingi był tłumaczem języka włoskiego.

Dziś przygotowano medal dla jeszcze jednej osoby, która niestety nie zaszczyciła starych murów obecnością. Bogusław Leśnodorski doszedł do nas w wakacje przed szóstą klasą. Ja już tam byłem od roku, nieco okrzepły, lecz wciąż nie miałem wspólnego języka ze znaczną częścią ludzi. Bodzio, jak na niego mówiliśmy, pojechał z nami na obóz jeździecki do Łącka. Trenowaliśmy dwa razy dziennie z dzisiejszym trenerem kadry pięciobojowej Andrzejem Żółkiewskim (aktorem, bratem naszego trenera Jana Żółkiewskiego) oraz Oktawianem Sarną. Tawi ściągnął mnie na pięciobój rok wcześniej, to syn znajomej Mojego Ojca. Uratował mnie przed dłuższym pobytem na Polonii.

 

Cdn.

Dni Gór w Świdnicy

Z cyklu byłem, widziałem. Główny organizator Piotr Snopczyński już w lipcu zaklepał sobie miejsce w moim kalendarzu. Tak długo opowiadał o swoim festiwalu w Świdnicy, że wyjścia nie było innego. Spędziliśmy wspaniały czas i to zarówno podczas arcyciekawych prelekcji jak i spędzając długie godziny na rozmowach kuluarowych.

XXI Dni Gór odbywają się w świdnickim klubie Bolko. W foyer zaprezentowane zostały zdjęcia z wyprawy #K2SkiChallenge, autorstwa głównie Piotrka Snopczyńskiego, ale były też fotki Marcina Kina i moje, a być może jeszcze kogoś ;).

W Świdnicy zabrakło kilku osób, ale wyprawa była godnie reprezentowana. Janusz Gołąb, Kuba Poburka, Piotr Snopczyński, Kamil Borowski, Szymon Rzankowski… Temat gorący i dominujący to Zimowa Wyprawa na K2, w której wezmą udział obecny w Świdnicy Krzysztof Wielicki, Janusz i Piotr (oraz wielu innych wspinaczy). Będzie się działo tej zimy!

zonaurbana.pl